Moralność nie istnieje. A przynajmniej nie “obiektywnie”. “Objectively” to chyba jedno z ulubionych słów Williama Lane Craiga, ewangelicznego apologety, którego szczerze nie znoszę słuchać, bo nawet jeśli czasem zdarzy mu się mówić z sensem, to ciężko mi się się przebić przez jego niezmiernie irytujący, przemądrzały ton i pseudonaukowe, dogmatyczne wywody. Ale ad rem. Trafiłem na filmik [link] gdzie nawet da się go słuchać, a co więcej (i co dziwne) – ma sporo racji.

Craig atakuje Sama Harrisa za utożsamienie moralności z well-being – szczęściem, dobrym samopoczuciem, rozkwitem organizmów żywych, ich brakiem cierpienia. Twierdzi, że choć to dobra zasada, to jednak nie ma podstaw, by nazwać ją obiektywną moralnością. I że takiej ateizm człowiekowi nie potrafi dostarczyć.

Tak! Ateizm nie dostarcza żadnych obiektywnych wzorców moralnych. Oczywiście, że nie dostarcza! Tak samo jak nie robi tego niewiara w smoki albo niebycie rasistą. Ateizm z zagadnieniem moralności nie ma wiele wspólnego (co nie znaczy, że jest niemoralny!). Można lubić truskawki i lubić wspinaczkę górską, ale czy to znaczy że jedno wynika z drugiego? Można mieć normy moralne i nie wierzyć w bogów, ale czy musi być między tym jakikolwiek związek?

Ale religie także nie dostarczają obiektywnych wzorców moralnych. Bo same w sobie nie są obiektywne. Każda narzuca inne (często sprzeczne) wzorce moralne. Które z nich są najmoralniejsze? Najobiektywniejsze? Jak to określić? Nie wspominając już o tym że w nawet w obrębie jednej religii te “uniwersalne” i “obiektywne” zasady potrafią bardzo drastycznie zmieniać się w czasie (vide: niewolnictwo).

Skąd zatem można wziąć jakieś obiektywne wzorce? Znikąd. Nie ma takich. Wszechświat nie jest moralny. Nie jest ani zły, ani dobry. Po prostu jest. Gwiazdy rodzą się, wybuchają i gasną, mgławice się formują, fotony mkną przez czasoprzestrzeń, a żadne z nich nie robi tego ani w dobrej, ani złej wierze. Drapieżnik zabija i zjada swoją ofiarę, ale przecież wcale nie czyni tego niemoralnie. Prawa natury zwyczajnie nie mają oceny moralnej, po prostu są. A przecież podlega im wszystko, co istnieje!

W tym miejscu ciężko nie wspomnieć o Baruchu Spinozie i o relatywizmie etycznym zawartym w jego filozofii. Spinoza zauważył, że nie ma takiej rzeczy, którą można by w stu procentach nazwać “dobrą” albo “złą”. Aby ktoś zyskał, ktoś musi stracić. Ten sam lek może jednemu pomóc, innemu zaszkodzić. Nawet bezinteresowne poświęcenie ze strony jednego, mimo że pomoże drugiemu, to jemu samemu zaszkodzi i przysporzy cierpienia, a może też mieć nieprzewidziane skutki uboczne.

A zatem, czyż moralność nie jest tylko konwencją? Czyż nie zależy w ogromnym stopniu od zeitgeistu? Kultury, geografii, religii, a nawet konkretnej sytuacji? Czy da się znaleźć jakąkolwiek w pełni obiektywną moralność? Ba, choćby jakąś nutę obiektywizmu? Moim zdaniem – nie da się.

Ale to wcale nie znaczy: “chlejmy, ruchajmy, kradnijmy i zabijajmy”. Normy trzeba mieć. Trzeba też nad nimi dyskutować (a nie narzucać w formie dogmatu), dostosowywać je do zmieniającego się świata, trzeba dobrze je przemyśleć...

Jakie na przykład? Choćby tę, o której mówi Craig: utożsamić moralność z well-being żywych istot. Co z tego, że taka zasada nie jest obiektywna? Żadna inna też nie. A ta jest bardzo dobra.

Fizyk Neil deGrasse Tyson swój kodeks moralny opisuje tak: “Kieruję się dwiema głównymi zasadami: każdego dnia wiedz więcej o świecie niż wiedziałeś wczoraj; zmniejszaj cierpienia innych. Zaskakujące, jak daleko może cię to zaprowadzić.”

Mamy także imperatyw kategoryczny Kanta: “Postępuj zawsze według takiej maksymy, abyś mógł zarazem chcieć, by stała się ona podstawą powszechnego prawodawstwa.” – czy w bardzo uproszczonej wersji: “nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”.

Mamy sporo wzorców, myśli, filozofii i religii, z których każde może pomóc nam kształtować naszą moralność. Ona nie jest dana z góry. Nie jest absolutna, uniwersalna...