W zeszłym tygodniu się przeprowadzałem. I ciężko mi było uwierzyć (choć przecież niby się tego spodziewałem), że posiadam aż tyle rzeczy. Rzeczy, których być może nie potrzebuję. Które ciężko jest spakować, przewieźć, znaleźć im miejsce w nowym mieszkaniu...

No więc oczywiście naszła mnie rozkmina – czy ta tona szpargałów jest mi naprawdę potrzebna? czy bardziej pomaga czy bardziej przeszkadza?

I nie mam pojęcia. Z jednej strony staram się przecież żyć “buddyjsko”, bez przywiązań (szczególnie do przedmiotów), z drugiej zaś – zamiast wyrzucić stare rzeczy, już zdążyłem dokupić nowych... No ale przecież one wszystkie były takie potrzebne! No ale przecież jak tu żyć bez mikrofalówki albo bez łyżki cedzakowej?

Właśnie. Szaleństwem jest życie bez tego wszystkiego. Ale z drugiej strony jest dla mnie głupotą przywiązywanie się do przedmiotów. Pociąga mnie idea niezależności, wolności, mobilności, bez opętanego chciwością mózgu, bez wmawiania sobie, że “koniecznie!” czegoś potrzebuję.

Chciałbym umieć nie mieć. Bo przecież nikt z nas niczego nie ma. Przyjdzie pierwsza lepsza klęska żywiołowa, i zostajemy z niczym. Przyjdzie jeszcze bardziej złodziejski rząd, przyjdzie wojna, przyjdzie choroba, i co wtedy? Czy nie byłoby pięknie umieć się wtedy niczym nie przejąć? Zakasać rękawy i po prostu zabrać się za życie, jakby nic się nie zmieniło?

Nieposiadanie to nie to samo co ubóstwo. Ponoć na zachodzie zaczyna się robić modne to, by nawet zarabiając kokosy, żyć minimalistycznie. Móc zmieścić swoje życie w laptopie i jednej torbie z ciuchami.

Czasem myślę, co by było, gdybym chciał się przenieść do innego miasta czy państwa. “Nie no, przecież mam tu studia, wolę je skończyć normalnie”. “Nie no, a jak będę taszczył wszędzie gitarę? Jak zabiorę ją do samolotu? Za dużo za nią dałem, żeby ją tak zostawić”...

A przecież już prawie na niej nie gram. Jestem uwiązany geograficznie przez swoje rzeczy, przez swoje sprawy tutaj. Mimo że mamy dziś globalną wioskę, ja i tak siedzę w miejscu.

Co najlepiej robić? Iść w stronę (złudnego?) bezpieczeństwa we własnym (i zawalonym “potrzebnymi” rzeczami) mieszkaniu, w swoim ustabilizowanym, przewidywalnym życiu, czy też pogodzić się z tym, że życie tak czy siak nigdy przewidywalne nie będzie, więc próbować “żyć dynamiczniej”, cokolwiek by to miało nie znaczyć... Wybór między bezpieczeństwem a wolnością widocznie nie dotyczy wyłącznie polityki, lecz także filozofii życiowej...

Wiem, wiem, ten artykuł jest bardzo mało konstruktywny. Same rozkminy i marzenia, żadnych wniosków. Bo sam nie wiem, co mam robić. Ani czy jest sens w ogóle nad tym rozmyślać. Chciałbym dwóch rzeczy na raz...

EDIT: Jeszcze tak sobie myślę, że w cyfrowym świecie całkiem nieźle idzie mi to małomanie. Kiedyś miałem manię trzymania na dysku każdego filmu, który kiedykolwiek ściągnąłem, bo a nuż się przyda... Dysk się popsuł, a ja o dziwo daję sobie bez nich radę.

Nie robię też pierdyliarda zdjęć na każdym wyjeździe. Żaden ze mnie fotograf, więc moje foty mogą mieć wartość głównie sentymentalną. A tej wystarczy mi odrobinka, na pobudzenie wspomnień. Nadmiar jest po prostu śmieciowy. Wspomnienia są o wiele piękniejsze niż jakikolwiek strumień bitów na dysku.

Byłem w zeszłym roku na Wigilii Paschalnej w szczecińskiej katedrze i doznałem muzycznych orgazmów słuchając wykonania trzeciego psalmu. Aż żałowałem, że nie wypada wyciągnąć komórki i włączyć dyktafonu. Ale potem uznałem, że może to właśnie lepiej. Teraz za każdym razem gdy wspomnę to wykonanie, brzmi mi ono w głowie tysiące razy lepiej niż brzmiało wtedy na żywo. Mimo że już nawet nie pamiętam melodii...