Serio. Gdybym mógł poukładać sobie Polskę po swojemu, to chętnie spełniłbym mokry sen terlikowskich tego świata i wprowadził tam chrześcijańskie państwo wyznaniowe. Tyle że z zachowaniem wolności wyznania. Kto nie chce być chrześcijaninem, wcale nie musi. Ale kto chce, temu maszyna państwowa z chęcią pomoże realizować wymagania swojej wiary. Prawo Boskie zaczęłoby obowiązywać jako państwowe.

Tak więc na przykład państwo polskie wreszcie zaczęłoby realizować nakaz z Kodeksu Łukasza Art. 10, ust. 25-37 ( przypowieść o miłosiernym Samarytaninie) i z miłosierdziem przyjęłoby wszystkich potrzebujących pomocy – choćby byli innowiercami czy obcokrajowcami. Zgodnie z boskim nakazem “refugees welcome” stałoby się ideologią państwową.

Właśnie miłosierdzie i miłość bliźniego to tematy, które chyba najczęściej przewijają się przez nauki Jezusa (J 13, 34; Mt 5, 38-48; Łk 6, 27-36 i wiele wiele innych). Skoro Jezus nie jest już wyłącznie sławnym przywódcą religijnym pewnej sekty z Bliskiego Wschodu, lecz intronizowanym Królem Polski, to jego nauki stają się prawem.

Należało by zatem wprowadzić państwo opiekuńcze, które miłosiernie zajmie się każdym potrzebującym. Tak jak to Jezus wielokrotnie czynił, tak i chrześcijańskie państwo powinno świadczyć darmową opiekę zdrowotną. Powinno też równie mocno gloryfikować mądrość co biblijna Księga Mądrości, a zatem zwiększyć dotacje na naukę. I edukować za darmo, jako i Jezus za darmo głosił swe nauki.

Gdyby ktoś, powiedzmy urażony czyimiś słowami wyśmiewającymi religię, podał go do sądu, wyznaniowy sąd nie miałby innego wyjścia niż nakazać powodowi wybaczenie i nadstawienie drugiego policzka.

Zgodnie z biblijnym zakazem “nie zabijaj” oraz “miłuj nieprzyjaciół” trzeba by zlikwidować Ministerstwo Obrony Narodowej. Pacyfizm, czy to motywowany religijnie czy nie, zawsze jest dobrym pomysłem. “Nie zabijaj” implikuje też zakaz polowań, aborcji, eutanazji... Oczywiście tylko dla wierzących chrześcijan, mamy przecież wolność wyznania.

Wprowadziłbym też wreszcie rozdział Kościoła od państwa. Motywowany religijnie, oczywiście. Jezus naucza przecież że “cesarzowi cesarskie, a Bogu boskie” (Mt 21, 21). W takim razie ani jedna złotówka z budżetu państwa nie zasiliłaby żadnego kościoła ani związku wyznaniowego.

Ale spokojnie, Święty Kościół Powszechny nie musiałby wcale z tego powodu bankrutować. Państwo zapewniłoby ściąganie dziesięciny, jak Bóg nakazał. Każdy zadeklarowany chrześcijanin oddawałby jedną dziesiątą swojego dochodu na swoją sektę. Cudowny plan, prawda?

Rozdział Kościoła od państwa nie oznacza jednak, że zupełnie nie będzie ono ingerowało w sprawy organizacji religijnych. Jest to w końcu państwo wyznaniowe, które dba o to, by na jego terytorium przestrzegano religijnego prawa. Jak choćby drugiego przykazania (Wj 20, 2-5), które zakazuje oddawania czci obrazom i rzeźbom. Państwo z przyjemnością zarekwiruje wszystkie bałwochwalcze przedmioty i ukarze wszystkich, którzy się bałwochwalstwa dopuszczą.

Wypadało by też surowo karać za łamanie przykazania “nie cudzołóż”. Zawsze mnie fascynowało, jak wielu chrześcijan potrafi wylewać pomyje na osoby LGBT, łamiące swym istnieniem boże prawo, podczas gdy oni sami mają kochankę na boku albo są po trzech rozwodach. Sorry, ale to twój grzech dostał się na listę TOP 10, nie mój.

Wykorzystałbym zatem fakt, że Biblia jest cholernie niejasna, otwarta na interpretacje i wewnętrznie sprzeczna, do zinterpretowania jej w następujący sposób: historia miłości Dawida i Jonatana ze ST oraz przykazanie miłości z NT są zdecydowanie ważniejsze niż starotestamentowe nielubienie gejów. Dlatego wprowadzamy pełną równość małżeńską. Do tego poligamiczną – jak to w ST było standardem. Natomiast w chrześcijańskich małżeństwach należy karać za zdrady i zakazać rozwodów.

Wśród innych starotestamentowych praw, które moim zdaniem nie mają powodów się przeterminować, wymieniłbym choćby zakaz jedzenia wieprzowiny, owoców morza czy noszenia ubrań z mieszanych tkanin. Oczywiście z pełną wolnością wyznania – dla kogo bekon czy wygodne bokserki są ważniejsze niż wiara, w każej chwili może od niej odejść.

Ilu by odeszło?

A ilu spośród “chrześcijan” naprawdę wierzy w swoją książkę i chciałoby państwa wyznaniowego?