Trafiłem na ten film wczoraj, zupełnym przypadkiem, i niezbyt miałem ochotę na filmowy wieczór. Ale czy słysząc taki tytuł mógłbym przejść obok niego obojętnie?

Tytuł mówi wszystko. Właściwie to streszcza całą fabułę filmu, która nie jest jakoś specjalnie zawiła ani zaskakująca, więc pozwolę sobie o niej pisać otwarcie, bez obawy, że coś zaspoileruję.

Główny bohater, Vikram, jest zwykłym mieszkańcem Stanów Zjednoczonych, synem imigrantów z Indii. Znaczy no nie takim znowu “zwykłym” – jest czuły, dobry, radosny, ambitny, zafascynowany filozofią, religiami... Ale “zwykły” o tyle, że nie ma w nim nic nadprzyrodzonego. Żadnej boskiej mocy, kosmicznej energii, objawienia z niebios, nic. Jedynym, co odróżnia go od całej rzeszy innych fałszywych guru zwodzących naiwnych ludzi w zapatrzonej w orientalność Ameryce, jest jego motywacja. On nie chce pieniędzy, sławy ani pięknych kobiet. Chce poznać ludzi, dowiedzieć się, czemu w to wszystko wierzą, oraz czy pośród guru są jacyś prawdziwi. Powiedział sobie: “jeśli ja mogę zostać guru, to każdy może”. I został.

Udał indyjski akcent, zapuścił włosy i brodę, wytrenował jogę (szacunek za te wszystkie wygibasy, których umie dokonać!), wymyślił sobie imię, a raczej tytuł, Kumaré, a także całą filozofię, której będzie nauczał. Co najlepsze – wszystkie te nauki mówiły tylko jedno, i to bardzo wprost: jestem oszustem. Opowiadał ludziom, że wcale nie jest tym, kim myślą, że jest, opowiadał, że wszystko to złudzienie i fałsz, a on najbardziej, wmawiał im istnienie jakiejś błękitnej energii, którą sam sobie wymyślił, a nawet – to nie żart – malował im penisy na czole, a oni się z tego cieszyli i z dumą je nosili.

Jestem największym oszustem, jakiego znam. Oszukuję tak bardzo, że zapomniałem, kim byłem wcześniej.

Ale film tylko momentami można by uznać za prześmiewczy. On jest czymś głębszym niż śmiechem “haha, patrzcie jak to ludzie w każdą głupotę uwierzą”. Film pokazuje, jak bardzo ludzie czują potrzebę jakiegoś duchowego przewodnictwa. Czują potrzebę, ale to nie znaczy, że potrzebują.

Wszyscy uczniowie Kumare byli szczęśliwsi po spotkaniu z nim. Mówili że czuli specjalną energię, że słuchali mądrych nauk, że ich życie się zmienia. Ale to oni sami byli tą zmianą. Kumare sprawił, że sami sobie udzielili rad, jak powinni żyć. Nie nauczył ich niczego poza tym, że wcale nie potrzebują nauczyciela. Pokazał, że każdy z nas doskonale wie, jak żyć, żeby znaleźć własne szczęście, wie czego pragnie i do czego powinien dążyć. A nawet jeśli jeszcze nie wie, to ma zdolności, by samodzielnie do tego dojść. Co więcej – nikt inny lepiej tego nie wie (i nie będzie wiedział) niż on sam.

Ponoć wielu krytykowało Vikrama za jego eksperyment. Że niemoralny. Doprawdy? W świecie, gdzie religijnych oszustów, którzy zwodzą ludzi dla pieniędzy i sławy, jest na pęczki, niemoralnie zachował się ten, który ich zdemaskował? W świecie, gdzie ludzie uparcie szukają autorytetów, których wcale nie potrzebują, a które tylko ich wykorzystują, niemoralny jest ten, który pokazuje im ich własną siłę? Doprawdy dziwaczna to moralność...

Vikram dokonał czegoś niesamowitego. Pomógł ludziom odkryć guru w sobie. I chwała mu za to! Polecam film ze wszech miar.