O Jezusie mówi się prawie tylko dobrze. Nawet jeśli ktoś nie wierzy w jego boskość, to rzadko kiedy powie o nim złe słowo. Prędzej że był (on, albo ktoś, czyje słowa przypisuje się Jezusowi) wielkim filozofem, wyprzedzającym swoje czasy, pacyfistą, orędownikiem miłości... (tak, był, zgadzam się). Nawet jeśli ktoś w Starym Testamencie dostrzega tysiące niemoralnych nakazów, okrutnych opowieści, czystki etniczne, wojny, cierpienie, boży gniew i zazdrość, to jednak gdy zajrzy do Nowego, jest przeważnie pod takim wrażeniem kontrastu ze Starym, że umykają mu okropieństwa zawarte także i w tej drugiej części Biblii.

A ja oczywiście nie byłbym sobą, gdybym nie szedł pod prąd. Dlatego spróbuję w jednym artykule zebrać, co dam radę, przeciwko rabbiemu z Galilei. Bo dobrego napisano już dość, nie ma sensu powtarzać.

Moje główne zastrzeżenie: Jezus mylił się w sprawie najbardziej fundamentalnej dla swoich nauk.

Był apokaliptykiem, to znaczy wierzył i głosił, że świat wkrótce ulegnie zagładzie i nastanie zupełnie nowy ład: Królestwo Niebieskie. Przeważnie, gdy czytamy Biblię i Jezus opowiada tam o Królestwie niezliczoną liczbę razy, porównuje je do ziarna gorczycy, wychwala i zapowiada, myślimy o nim jako o czymś abstrakcyjnym, być może o królestwie duchowym, może o jakimś kosmicznym królestwie rządzonym przez Boga... A mało kto (nie licząc amerykańskich fanatyków rapture) rozumie “królestwo” tak, jak najprawdopodobniej rozumiał je sam Chrystus – jako jasne, konkretne proroctwo, że za najwyżej kilkadziesiąt lat nastąpi totalne zniszczenie i chaos, a z Nieba zstąpi Syn Człowieczy i ustanowi (przeznaczony tylko dla wybrańców) nowy porządek, w którym nie ma już zła, cierpienia, chorób, głodu, no i przede wszystkim – tego okropnego seksu, ufff!

Brzmi obco? Cóż, spójrzmy na parę fragmentów Ewangelii:

Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Bo cóż za korzyść ma człowiek, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie? Kto się bowiem Mnie i słów moich zawstydzi, tego Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w swojej chwale oraz w chwale Ojca i świętych aniołów. Zaprawdę, powiadam wam: Niektórzy z tych, co tu stoją, nie zaznają śmierci, aż ujrzą królestwo Boże. (Łk 9, 23-27)

I powiedział im przypowieść: «Patrzcie na drzewo figowe i na inne drzewa. Gdy widzicie, że wypuszczają pączki, sami poznajecie, że już blisko jest lato. Tak i wy, gdy ujrzycie, że to się dzieje, wiedzcie, iż blisko jest królestwo Boże. Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą. (Łk 21, 29-33)

Zaprawdę, powiadam wam: Nie przeminie to pokolenie, aż się to wszystko stanie. Niebo i ziemia przeminą, ale moje słowa nie przeminą. (Mt 24, 34-35)

Proroctwo Galilejczyka jest jasne: pokolenie nie przeminie. Cóż, a jednak przeminęło. Przeminęły ich już setki. Gdzie więc ten koniec świata? Gdzie nowy porządek? Tutaj żadna pokrętna interpretacja nie pomoże – Jezus się mylił. Kropka. Czyni go to bardzo miernym prorokiem. I jeszcze gorszym bogiem. Jakże to, jego wszechwiedząca wszechwiedza pomyliła się o, bagatela, co najmniej dwa tysiąclecia? Niezbyt imponujące...

Przy okazji warto wspomnieć o innej niespełnionej przepowiedni Jezusa. W wieczerniku zaprawdę powiada on uczniom, że odtąd więcej nie będzie już pił z owoców winnego krzewu. Lecz gdy na krzyżu podano mu wino zaprawione goryczą, skosztował go. Tak, sam złamał własną przepowiednię. Nic dziwnego zatem, że w wielu starych manuskryptach pojawiły się później “poprawki” kopistów, gdzie wino zastąpiono octem.

Wracając do tematów rozpierdolowych, możemy zauważyć jeszcze parę istotnych rzeczy. Przede wszystkim słowa: kto się mnie zaprze, tego zaprze się Syn Człowieczy przed Ojcem. Czyż to nie rażąca niezgodność osób? Wygląda jakby Jezus i Syn Człowieczy wcale nie byli tą samą osobą. I bibliści[1] uznają właśnie tę wersję: że Jezus wcale nie nazywał siebie ani Bogiem, ani Synem Bożym, ani Synem Człowieczym. To trochę łagodzi jego apokaliptyczną wpadkę – byle prorokowi można wybaczyć chybione proroctwo, samemu Najwyższemu już trudniej...

Po drugie: Nazarejczyk wymagał całkowitego oddania sobie. Namawiał do przyjmowania cierpienia w swoje imię, do oddawania za siebie życia, do porzucenia rodzin, zostawienia majątku... Namawiał, czy może raczej groził? Bo przecież kto tego nie zrobił, miał trafić tam, gdzie płacz i zgrzytanie zębów, w ogień nieugaszony, tego miał się zaprzeć Syn Człowieczy przed Ojcem w dniu Sądu....

To jest albo szczera rada, albo okrutny szantaż. Albo jedno i drugie. Jeżeli Jezus nie wierzył święcie, że jego proroctwa się spełnią, a jedynym ratunkiem jest zostanie hipisem jak on, to musiałby z premedytacją głosić okrutną, fałszywą doktrynę, oszukiwać ludzi i wyłudzać od nich pieniądze (on i apostołowie utrzymywali się z pieniędzy towarzyszących im kobiet oraz słuchaczy). Zdecydowanie “najlepszą opcją” dla niego jest więc wersja: “jestem tylko prostym, żydowskim prorokiem, i przewiduję niestworzone rzeczy z mizernym skutkiem”.

Tak tak, żydowskim, nie chrześcijańskim. Chrystus nie był chrześcijaninem ani nie założył tej religii. (Ta myśl może nie jest krytyką per se, ale stawia go w świetle zupełnie różnym od tego, jak patrzy nań większość ludzi.) Czemu niby miałby zakładać religię, skoro wierzył, że i tak zniknie ona z powierzchni Ziemi zanim się Ziemia zdąży obejrzeć? Nie, był Żydem, żydowskim rabbim, i tylko żydowskim. Wyjaśniał żydowskie Prawo, przestrzegał (no, nie zawsze) żydowskich zwyczajów, wierzył w jedynego Boga Żydów...

Twórcą podstaw doktryny chrześcijańskiej jest św. Paweł, który Jezusa nawet nigdy nie spotkał... To pisma Pawła wprowadzają ideę grzechu pierworodnego, fundamentalną przecież dla chrześcijaństwa. Teksty Pawła niezbyt pokrywają się z tekstami nauk Jezusa znanymi z ewangelii (także tych niekanonicznych). To on wprowadził te nauki na poziom bardziej abstrakcyjny i wyrafinowany niż jezusowa rychła rozpierducha mająca doprowadzić do końca fizyczności. Choć może “wyrafinowany” to złe słowo dla obleśnej doktryny głoszącej, że Bóg każdego z nas jest “stworzył chorym i rozkazał wyzdrowieć”[2], że ludzkość potrzebuje krwawej ofiary z człowieka, że Bóg jest synobójcą.... Blee...

Ale wracając do Jezusa... Ponoć głosił miłość i pokój. Owszem tak. Ale głosił także całkiem sporo nienawiści! Wystarczy posłuchać jego własnych słów:

Nie sądźcie, że przyszedłem pokój przynieść na ziemię. Nie przyszedłem przynieść pokoju, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z jego ojcem, córkę z matką, synową z teściową; i będą nieprzyjaciółmi człowieka jego domownicy. Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie, straci je. a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. (Mt 10,34-39)

U Łukasza słowa są jeszcze ostrzejsze:

Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. (Łk 14,26)

Cóż za narcystyczny egocentryk! Że co, że niby jako do Boga / proroka mogą mieć do niego zastosowanie inne normy etyczne? Jeśli już, to zdecydowanie wyższe niż te dotyczące śmiertelników! Czyż to nie hipokryzja, uczyć kogoś, by kochał bliźnich jak samego siebie i okazywał im miłosierdzie, a samemu tak egoistycznie łaknąć bycia kochanym ponad wszystko?

Swoim zachowaniem sam daje wyraz swojej filozofii porzucenia rodziny. Często jest opryskliwy wobec matki, strofuje ją, wyrzeka się jej (wraz z resztą rodziny), stawiając ponad nią – swoich wyznawców. Ech, a taka na nim “prorodzinna” religia wyrosła...

Nie sposób też pominąć jawnych sprzeczności w jego naukach. Mówi:

Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę. bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. (Mt 5, 17-19)

Sam natomiast już chwilę później zmienia prawo. Ewentualnie można powiedzieć, że je precyzuje czy zaostrza, ale to wciąż jest zmiana sporo większa niż jedna jota. A już na pewno ten fragment, gdy zabrania wyznawcom rozwodów, mimo że Prawo Mojżeszowe je dopuszcza. Jedno albo drugie, albo można się rozwodzić, albo nie. Tertium non datur. Jeżeli to nie jest “zmiana” prawa, to ja jestem królową angielską.

Jedna z tych jego poprawek jest zwyczajnie idiotyczna:

Słyszeliście, że powiedziano: Nie cudzołóż! A Ja wam powiadam: Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w swoim sercu dopuścił z nią cudzołóstwa. (Mt 5, 27-28)

Zasada taka jest przykładem myślozbrodni. Zabrania patrzenia pożądliwie, brudnych myśli, fantazji... Czegoś co nikomu nie szkodzi, jest zdrowe, naturalne i piękne. Naprawdę nikt nie czuje się jak u Orwella, wierząc w Wielkiego Brata, który kontroluje dosłownie wszystko, co robisz, włącznie z myślami? Permanentna inwigilacja za którą jeszcze mamy być wdzięczni?

Jedynym rodzajem małżeństwa, które nie zaczęło się właśnie od “patrzenia pożądliwie”, jest małżeństwo aranżowane. Jeśli ludzie, jakimś cudem, nikogo by nie pożądali przed ślubem, to żadnych ślubów by nie było! No, poza właśnie aranżowanymi. Czy to takie proponuje Jezus? A może proponuje model społeczeństwa oparty na powszechnym celibacie i skazany na wymarcie? A w sumie... Niech sobie ludzie wymierają, co za różnica, skoro świat i tak się skończy za parę dekad?

Zresztą, gdyby naprawdę przestrzegano Prawa, które daje tu Jezus, to ludzkość nawet nie zdążyłaby wymrzeć z braku dzieci, bo już wcześniej musieliby się nawzajem pozabijać za łamanie szóstego przykazania. Karą za cudzołóstwo w Prawie Mojżesza jest ukamienowanie. Zatem jeśli chce się przestrzegać Prawa (którego przecież Jezus nie zmienia ani o jotę) należy przygnieść kamieniami każdego napalonego kawalera. I niech nikogo nie zwodzi historyjka o Jezusie stającym w obronie kobiety pochwyconej na cudzołóstwie. Na niemal pewno jest to wstawka dopisana do ewangelii Jana całe wieki później[3].

A swoją drogą – czemu Jezus zakazuje patrzenia akurat na kobietę? Czy kobieta może pożądać mężczyzny? A mężczyzna mężczyzny? Czyżby Jezus dawał do zrozumienia, że traktuje kobiety jako przedmioty pożądania, a nie pełnoprawnych ludzi?

Wnioski

Popularny amerykański hymn zaczyna się od słów: “Gentle Jesus, meek and mild”. Groteskowo brzmią te słowa dla kogoś, kto naprawdę przeczytał Biblię (a także sporo książek o jej historii) i wie, że Jezus (przynajmniej ten biblijny) wcale nie jest ani gentle, ani meek ani mild. Jest despotą, żądającym całkowitego posłuszeństwa, oddania, porzucenia wszystkiego na jego rzecz. Jest wpadającym w gniew człowiekiem z poczuciem własnej wyższości i władzy nad innymi (ale tylko wg ewangelii Marka). Jest fanatykiem wierzącym w dyrdymały, które nigdy się nie spełniły, i wciągającym innych ludzi w swoje urojenia. Być może jest i wariatem, patrząc na Mk 3,21: “A krewni, gdy o tym usłyszeli, przyszli, aby go pochwycić, mówili bowiem, że odszedł od zmysłów”. Może mieli rację?


[1] za: dr Bart Ehrman - Prawda i fikcja w Kodzie Leonarda da Vinci
[2] Christopher Hitchens
[3] pl.wikipedia.org/wiki/Pericope_adulterae