Język to potężne narzędzie. Nie tylko wyraża nasze myśli i umożliwia ich wymianę (de facto warunkując nasz rozwój jako gatunku), lecz także je kształtuje. Wiele przemian społecznych zaczyna się właśnie w płaszczyźnie języka: to, jak nazywamy dane osoby, grupy czy zjawiska, stopniowo wpływa na to, jak o nich myślimy.

Eliza Michalik w felietonie Płeć trzymająca język pisze o tym, jak język polski odzwierciedla patriarchalną strukturę polskiego społeczeństwa w przeszłości, i jak to wciąż wpływa na konserwowanie go w czasach obecnych. Oraz o tym, że powinniśmy z tym zjawiskiem walczyć, końcówkowując kobietom kobiecymi końcówkami.

I jak z jednej strony się z nią zgadzam i szczerze kibicuję, tak z drugiej nie jestem do końca przekonana, czy szastanie “premierą”, “gościnią” czy “profesorą” jest najlepszym pomysłem.

Śmieszność

Oczywiście że te formy brzmią komicznie. Pani Eliza przekonuje, że narażenie się na tę śmieszność jest niewygórowaną ceną za równość, i musimy ją zapłacić. No może. Ale może ta śmieszność sprawi, że ruch feministyczny będzie traktowany mniej poważnie? Ja na przykład nie traktuję poważnie prawicowych neologizmów czy korwinowskiej przedwojennej ortografii. Dostrzegam ich próby zaklinania rzeczywistości i po prostu się z nich nabijam.

Tak samo ile bym razy nie słyszała o “zaproszonych gościniach”, zawsze powoduje mi to w głowie wielki zgrzyt. Co to słowo w ogóle znaczyło? Serio tak się mówi? Nie pomieszałam czegoś? To słowo brzmi po prostu brzydko, nienaturalnie, nie pasuje do reszty polszczyzny. Gdy w polskie zdanie jest wpleciony jakiś pojedynczy anglicyzm czy wtrącenie z francuskiego, zdaje mi się to brzmieć zdecydowanie bardziej gładko, niż gdy wrzucić w nie neologizm “gościni”.

Ewolucja języka

Wiadomo, język się zmienia. Co kiedyś było standardem, dziś może brzmieć dziwnie. Co dziś jest dziwactwem, za parę dekad może być jak najbardziej naturalne. Ale to nie znaczy, że każda próba “sztucznego” wprowadzenia zmian w języku musi okazać się sukcesem. W 1921 roku futuryści próbowali radykalnie uprościć polską ortografię – dziś mało kto o ich próbie w ogóle pamięta.

Język uwielbia zmiany, ale nie znosi zmian drastycznych. Wprawdzie nie jestem lingwistką, ale tak na moje wyczucie powiedziałabym, że formy “psycholożka”, “działaczka” czy “polityczka” są zmianami na tyle łagodnymi i naturalnie brzmiącymi, że przyjmą się w polszczyźnie bez problemu, natomiast “gościni”, “premierze” czy “profesorze” bliżej jest do śmieszności niż do skuteczności...

Pani premier

Polszczyzna już od dawna ma określenie na kobietę premiera: brzmi ono “premier”. Nie, to nie jest to samo słowo, co dla mężczyzny premiera. Odmienia się zupełnie inaczej. We wszystkich formach fleksyjnych widać jej odrębność od formy męskiej.

pl.wiktionary.org

Gdyby ktoś powiedział, że “spotkał się z premierem Szydło”, należało by mu wytknąć błąd językowy i misgendering. Jeśli zaś twierdzi, że “rozmawiał z premier Szydło” – wtedy jak najbardziej użył poprawnej, żeńskiej formy. W tym kontekście tworzenie formy “pani premiera” brzmi jak wciskanie jej na siłę.

Podkreślanie kobiecości

Idealny pod względem genderowym język w ogóle nie rozróżniałby płci, a jedynie dawał możliwość jej podania, gdy z jakiegoś powodu warto ją podkreślić.

Z punktu widzenia angielszczyzny takie języki jak polski, niemiecki czy francuski są zupełnie szalone z tym swoim nadawaniem rodzajów nawet martwym przedmiotom. Niemieckie klucze (der Schlüssel) są najwidoczniej bardziej męskie od francuskich (la clé), z jakiegoś dziwnego powodu.

Po angielsku natomiast przedmioty są bezpłciowe. Zwierzęta przeważnie też. Ludzie przeważnie też. Taki/taka “prime minister”, “worker” czy “politician” są neutralne płciowo. Rozróżnialne formy są nieliczne, jak na przykład pochodzące z francuskiego fiancée i fiancé. Słowa opisują więc tylko to, co muszą. “Politician” określa zawód, i nic więcej. Jeśli trzeba podkreślić kobiecość danej polityczki (bo na przykład jest pierwszą kobietą, która zdobyła dane stanowisko), wystarczy dookreślić: “woman politician”.

Po polsku natomiast, chcąc nie chcąc, musimy podkreślić płeć danego polityka/polityczki – poprzez to, którego z tych słów użyjemy. Jeżeli nie chcemy sprawić wrażenia, że zapominamy o istnieniu kobiet-informatyków, musimy zmarnować ciut przestrzeni na napisanie “informatycy/informatyczki”... Statut Partii Razem aż się roi od ukośników.

A gdyby istniały osobne słowa na “białego garncarza” i “czarnego garncarza”? Znając różnorodność językową świata, obstawiam, że w jakiejś kulturze istnieją. Ale czy ma to sens? Przecież nie mamy dwóch osobnych gatunków: pracowników i pracowniczek! Homoseksualni aktorzy nie są tak drastycznie różni od heteroseksualnych, by określać ich oddzielnym słowem. Czyjś zawód, kompetencje, umiejętności nie zależy od ich płci, koloru skóry czy orientacji, dlaczego więc te informacje miałyby być tak blisko związane z określającymi ten zawód słowami? W pewnym sensie nazwanie kogoś “świetną polityczką” aż się prosi o dodanie “jak na kobietę”... Bo w końcu język polski zmusił mnie do podkreślenia jej kobiecości – jakby jej zdolności polityczne jakkolwiek od tego zależały.

Ale nie ma tu się co rozwodzić – aż tak bardzo języka nie zmienimy. Setki lat jego ewolucji uwarunkowały jego nadwrażliwość na płeć, no trudno. Ale jeśli mamy go kształtować na przyszłość – czy aby na pewno lepiej robić to w kierunku pogłębiania tej nadwrażliwości?

Historyczne nieporozumienia

W czasach, gdy sędzią mógł być wyłącznie mężczyzna, a kobietę oglądało się głównie przez pryzmat jej męża, słowo “sędzina” oznaczało właśnie to: żonę sędziego.

Dlatego dość dziwnie brzmi dla mnie nazywanie kobiety-sędziego “sędziną”. To jak nieświadome popieranie dawnego, patriarchalnego porządku, jakby kobieta nie zasługiwała na miano “sędziego”, jakby trzeba było jej nadać inny tytuł niż mężczyźnie na tym samym stanowisku.

Tym bardziej że słowo “sędzia” również jest jednocześnie formą męską i żeńską, porównaj: “powiedziałem to sędzi Wesołowskiej” vs. “powiedziałem to sędziemu Wesołowskiemu”

Tylko dwie płci?

W felietonie Pani Elizy pada takie stwierdzenie:

Żaden mężczyzna nie powie o sobie w formie żeńskiej, nigdy. I dobrze - bo niby dlaczego miałby? W końcu jest mężczyzną. Proste? No właśnie.

Ale ja właśnie tak o sobie powiedziałam. Całego posta piszę w formie żeńskiej. Choć jestem cis mężczyzną, jakoś nie mam z tym żadnego problemu. W końcu być kobietą to nic uwłaczającego, prawda? Czemu więc miałabym się zbytnio przejmować, czy mnie ktoś przypadkiem za nią nie weźmie?

I nie jestem w tym myśleniu osamotniona. Na przykład dla Dariusza Michalczewskiego treść hasła “jestem sojuszniczką osób LGBT” była ważniejsza niż rodzaj gramatyczny, więc nie wstydził się pod tym hasłem podpisać. Zatem te absolutne “żaden” i “nigdy” z ust Pani Elizy są raczej mocno przesadzone.

Dariusz Michalczewski: jestem sojuszniczką osób LGBT.

natemat.pl

Dla niektórych jednak rodzaj gramatyczny, jakim się ich opisuje, jest szalenie istotny. Solidaryzuję się z osobami trans, dla których ich tożsamość płciowa jest bardzo ważnym elementem życia, a używanie przez innych odpowiednich zaimków i końcówek ma ogromne znaczenie jako wyznacznik akceptacji. Rozumiem też mężczyzn dumnych ze swej męskości i kobiety dumne ze swej kobiecości.

Ale czy w tym całym dychotomicznym zamieszaniu nie zapominamy o ludziach, którzy ( biologicznie czy psychicznie) nie mieszczą się w tym zero-jedynkowym schemacie kobieta-mężczyzna? Osoby gender-fluid, agender, hermafrodyczne, kobiecy mężczyźni, męskie kobiety... Czy oni wszyscy muszą wybrać jedną z dwóch szufladek? Albo są przyjacielem albo przyjaciółką? Albo gościem albo gościnią?

W języku polskim – tak. Miło by było, gdyby nie musieli, no ale co począć. Taki mamy język... Ale tworzenie żeńskich duplikatów dla każdego rzeczownika określającego osobę na pewno im nie pomoże, a raczej tylko doprowadzi do pogłębienia dychotomii, w której będą się czuły jeszcze bardziej niepasujące...

Podsumowanie

Jest cała masa tematów, na których nie znam się na tyle, by ośmielić się wypowiedzieć. Kwestia żeńskich końcówek jest jednak jednym z bardzo nielicznych, w których mam właśnie wiele do powiedzenia, a mimo to wciąż nie potrafię się opowiedzieć po żadnej stronie. Prawda na pewno nie leży pośrodku. Ale gdzie leży?

Czy “zawłaszczenie” języka przez kobiety pomoże w walce o ich równouprawnienie, czy właśnie wręcz przeciwnie – pogłębi podziały między płciami? (na przykład podświadomie sugerując pracodawcy że “operatorce” nie musi płacić tyle samo co “operatorowi”, bo przecież to brzmi jak dwa osobne zawody...)

Nie wiem. Chciałabym wiedzieć, ale język jest zbyt nieprzewidywalny.

Gut feeling mówi mi jednak, by z genderyzowaniem rzeczowników lepiej nie przesadzać.