Jestem przekonany, że ten jeden ksiądz wiele zmieni. Nie sam i nie z dnia na dzień, ale zapoczątkuje ruch, który uczyni świat lepszym miejscem. Po raz pierwszy w historii tak silny głos przeciw homofobii odezwał się z wewnątrz Kościoła.

Kościoła, który ma na sumieniu wiele cierpienia osób LGBT. Bo nie ma, poza religią, żadnego powodu by nienawidzić osoby homo-, bi- czy trans-. Ich orientacja czy płeć nikomu nie robią krzywdy, nie powinny być “problemem społecznym”. Za to księża grzmią z ambon, jakim to wynaturzeniem i grzechem jest homoseksualność (szczególnie ci, którzy godzinę wcześniej sami komuś na plebani obciągnęli). Młodzież niehetero tego słucha i zaczyna odczuwać nienawiść do samych siebie (nie bez powodu liczba samobójstw wśród LGBT jest zdecydowanie wyższa niż w ogóle populacji). Pozostała młodzież tego słucha i potem czai się w bramach na “tych jebanych pedałów” (nie tak dawno, nie tak daleko od mojego domu, młody chłopak tak właśnie zginął). Dorośli tego słuchają, a potem wyrzucają z domu własne dzieci, tylko dlatego, że nie są hetero/cis.

I to Kościół katolicki jest w sporej mierze odpowiedzialny za szerzenie tej fali nienawiści. Tak jak kiedyś był odpowiedzialny za hamowanie rozwoju nauki, rasizm, niewolnictwo i antysemityzm (nawet Mszał Rzymski do niedawna zawierał wezwanie “módlmy się za parszywych żydów” w wielkopiątkowej Modlitwie Powszechnej).

Z tą właśnie nienawiścią wreszcie zaczęło się coś dziać. Nie mam wątpliwości, że to moment historyczny. Cały świat już o tym huczy. Niemiecki Queer.de poinformował o coming oucie księdza Charamsy niedługo po samym Artykule Osiemnastym. Włoska ANSA na stronie głównej pokazuje Charamsowkie: “Sono gay, come tanti sacerdoti”. Chyba nie było lepszej osoby, która mogła by coś takiego zrobić (nie dość, że bardzo wysoko postawiony, to do bólu szczery, odważny i bardzo charyzmatyczny), ani lepszego czasu na taki coming out (tuż przed synodem o rodzinie).

Podziwiam księdza za odwagę, której każdy coming out wymaga. Zwłaszcza jeśli ma się tak wiele do stracenia. Watykan już poinformował (raptem następnego dnia!), że Charamsę wyrzuca z pracy. Jakże by inaczej! Przecież Gila, Paetza, Wesołowskiego i wielu innych przestępców potraktował równie ostro. Oh, wait...

Ksiądz Charamsa na pewno doskonale sobie zdawał sprawę, że to nastąpi. Mimo to wybrał wierność swoim ideałom, wartościom oraz Ewangelii. Tak właśnie, Ewangelii. Sami posłuchajcie, co mówi. Forma wprawdzie rodem z kazania, lecz treść już jakby z ust Jezusa... Przedziwne, prawda?

PS Nawet nie mam mu za złe tego całego szumu medialnego wokół swojej osoby, ani nachalnego promowania swojej książki. Wiedział, że wychodząc z szafy, wysyła się na bezrobocie, a jedyny zawód, który w życiu uprawiał, polegał na ładnym wysławianiu się oraz pokrętnym interpretowaniu starych tekstów. To drugie jest zupełnie nieprzydatne na rynku pracy. Nie może przecież wejść na niego z niczym. Szum medialny jest wielką szansą i dla niego i dla jego sprawy.

Tyle że przegiął. Wkurzanie dziennikarzy (przez nieodpowiadanie na pytania albo udzielanie wywiadów mimo danej wcześniej komu innemu wyłączności) nie jest dobrym pomysłem, jeśli to dzięki dziennikarzom chce się zarobić na nowe życie...