Mischa Badasyan jest artystą, który zamierza rozpocząć bardzo nietypowy projekt [źródło]. Od września, przez 365 dni, będzie codziennie sypiał z innym mężczyzną, zupełnie obcym, świeżo poznanym przez Grindra czy strony randkowe. Umówią się w jakimś nie-miejscu, zrobią swoje i nigdy więcej się nie spotkają. I tak codziennie przez rok.

“Nie-miejsce” to koncepcja francuskiego etnologa i antropologa kulturowego Marca Auge, oznacza, jak mówi Mischa, “supermarkety, centra handlowe, lotniska i inne anonimowe przestrzenie, gdzie ludzie gubią poczucie tożsamości i mają wrażenie, że do nich nie przynależą; w takich miejscach nie musisz z nikim rozmawiać, a to powoduje poczucie samotności”. Pod koniec swojego projektu artysta sam stanie się nie-miejscem przez to, co robił.

Komentarze pod artykułem w naTemat są niemal wszystkie kipiące od bulwersu. Że pedał, i to typowy pedał, że homopropaganda, że go dupa będzie bolała, że się puszcza na lewo i prawo, a nazywa to “sztuką”, zboczeniec jeden...

Już spuszczę zasłonę milczenia na idiotyzm myślenia, że homoseksualność sama w sobie jest czymś moralnie złym, a każdy gej z definicji jest rozpustny. Homofobicznych, kipiących nienawiścią dupków tak łatwo nie przekonamy, więc dajmy sobie siana póki co. Jeśli chcemy oceniać pomysł Miszy, oceńmy w kategoriach czysto artystycznych, za punkt wyjścia obierzmy to zdrowe myślenie, że jeśli jedyną osobą, którą dany czyn może skrzywdzić, jest sam krzywdziciel, to nie włazimy mu z butami w sumienie.

A zatem pytanie brzmi: czy ten projekt to sztuka czy nie?

Sztuka jest sztuczna. Jeśli robisz coś, co nie jest dla ciebie naturalne i codzienne, czym chcesz coś komuś pokazać albo w ten sposób odkryć coś nowego o świecie lub o samym sobie – moim zdaniem to właśnie jest sztuka. Ma ktoś lepszą definicję jej granic?

Ktoś napisał pod artykułem: “Bardzo ryzykowny projekt - głównie dla psychiki artysty”. To jeden z nielicznych komentarzy, w których autor stara się zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, i co może z projektu Badasyana wyniknąć (poza tym, że “sobie porucha” i że “dupa go będzie bolała”). Artysta robi z siebie królika doświadczalnego. W imię sztuki i lepszego zrozumienia człowieczeństwa chce zrezygnować z własnego “ego”, chce wyzbyć się głębszych uczuć, stać się pustą skorupą tylko ze szlamem pożądania na powierzchni. Ja bym się nigdy na coś takiego nie zdecydował, mimo że seks lubię i nie uważam go za zbrodnię, nawet jeśli nie stoją za nim żadne poważniejsze uczucia. Po prostu bym nie wyrobił. Taki seks jest nałogiem, i to o tyle wrednym, że wywołuje wstręt do samego siebie. Jest zdecydowanie bardziej niebezpieczny dla psychiki niż prostytucja.

A on chce się tego podjąć. Wątpię, żeby nie zdawał sobie sprawy z konsekwencji – sam przecież zgrabnie ujął w słowa, jakich wyników się spodziewa.

Gdyby chciał po prostu poruchać bez groźby społecznego potępienia, to właśnie nie zasłaniałby się sztuką, tylko wręcz przeciwnie – po cichutku robiłby swoje, i mało kto by się o tym w ogóle dowiedział.

Chce zrobić hałas, wzbudzić sensację? Oczywiście, przecież o to chodzi! Taki miły skutek uboczny – zmniejsza się to okropne tabu związane z seksem, ludzie zaczynają rozmawiać... Same plusy!

Nie rozumiem gorliwych katolików, którzy się przy okazji tego jego projektu aż tak bulwersują. Przecież Misha jest, wbrew pozorom, po tej samej stronie, co oni! Za rok znów zrobi szum wokół swojego eksperymentu, będzie opowiadał publicznie, jak bardzo go to doświadczenie zmieniło, jak boli go samotność, zanik więzi, wewnętrzna pustka... Misha robi dobry uczynek w służbie głoszenia prawdziwej, pełnej miłości, pokazując na własnym przykładzie, do czego prowadzą ekstremalne przypadki.

To źle?