Zdarzyło mi się wczoraj być w kościele. Nic ciekawego, jedyne co się tam zmieniło, to imię papieża i biskupa w modlitwie eucharystycznej oraz dopisanie do niej “świetego Jana Pawła”. Ach, taki progress!

Tak czy siak, wspominali wczoraj św. Marka, we wstępie przedstawiając go jako autora “Ewangelii uważanej za wierny zapis nauczania św. Piotra o życiu Jezusa”. A potem, chyba w ramach autoironii, odczytali akurat ten frament tej ewangelii, co do którego autentyczności są naprawdę poważne wątpliwości. Wielu Biblistów, jak choćby Bart Ehrman, twierdzi, że dowody są wystarczające, by uznać go za zwyczajne fałszerstwo.

Chodzi o ostatnie dwanaście wersetów. Wikipedia ładnie streszcza listę manukryptów, w których one występują, a w których nie. Bez nich historia Jezusa kończy się na tym, że zmartwychwstał i objawił się kobietom, ale nikt im nie uwierzył, że go widziały. I koniec. Prawda że ciutkę bezsensowne zakończenie? No i to jest właśnie jeden z bardzo wielu argumentów przemawiających za fałszerstwem: po co ktokolwiek miałby uciąć te wersety, zmieniając Ewangelię na “niedorobioną”? (chyba że ostatnia strona manuskryptu po prostu się zniszczyła – no ale żeby w aż tylu z nich?). Sensowniejsza jest ta wersja, że Marek istotnie tak właśnie napisał (bo może tak właśnie było?), a dopiero potem jakiś nadgorliwy skryba postanowił ją poprawić na “prawdziwszą” wersję.

A w tym właśnie fragmencie znajdują się bardzo istotne dla wielu teksty Jezusa. “Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: w imię moje złe duchy będą wyrzucać, nowymi językami mówić będą; węże brać będą do rąk, i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą, i ci odzyskają zdrowie” – i naprawdę są ludzie, którzy dziś ryzykują łapanie jadowitych węży, aby pokazać jak bardzo wierzą; są tacy, którzy wprowadzają się w trans i bełkoczą bez ładu i składu, myśląc, że “mówią językami” (ale jakimi, co, do kogo i po co – sami nie wiedzą); są tacy, którzy nie posyłają do lekarza własnych dzieci, wierząc, że ich wiara je uzdrowi... I to wszystko na podstawie tekstu o tak wątpliwej autentyczności...

Jezus mówi tam też: “Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!”. Ileż to krucjat, jakież to okropieństwa czynione drugiemu człowiekowi (choćby podczas ewangelizacji Ameryki płd.) można usprawiedliwić tym fragmentem! No przecież Jezus kazał!

No i jest jeszcze ten tekst: “Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony; a kto nie uwierzy, będzie potępiony”... Napisałem kiedyś artykuł Wystarczający i konieczny, w którym rozważałem wiarę jako warunek zbawienia. Z punktu widzenia teologii ewangelikalnej, bo katolicką uznałem za zbyt mętną w tej kwestii, żeby cokolwiek sensownego z niej wyciągnąć. Ale teraz już chyba mogę rozszerzyć te wnioski również i na katolicyzm, o ile założę, że dłuższe zakończenie Ewangelii Marka jest autentyczne (no przecież Kk twierdzi że jest) oraz że doktryna tego kościoła musi być zgodna z nauczaniem Jezusa (haha!).

Rozłożyłem więc sobie te słowa Jezusa na części pierwsze. “Potępienie” uznałem za przeciwieństwo “zbawienia”, bo po pierwsze Jezus tutaj wprost je sobie przeciwstawia, a po drugie nawet w ramach teologii katolickiej, która pozwoliła sobie rozszerzyć katalog tych dwóch możliwości jeszcze o czyściec i limbo, jest to zasadne: czyściec jest tylko stanem przejściowym, z którego jedyne i nieuniknione wyjście jest w stronę zbawienia, natomiast limbo dotyczy nieochrzczonych dzieci, ludzi zmarłych przed Jezusem oraz ludzi bezgrzesznych (a takich przecież ponoć nie ma). Ewentulanie można by limbo uznać za stan pośredni (a całość za zdania w logice trójwartościowej), co odpowiadałoby na pytanie “a co jeśli ktoś uwierzył, ale nie został ochrzczony?” – bo ich Jezus pominął.

A zatem wiara i chrzest są warunkami wystarczającymi do zbawienia. Jezus nie podał żadnych innych. Dobre uczynki nie mają najmniejszego znaczenia. Modlitwy, różańce, śpiewy, msze, jałmużna, post... Nic więcej się nie liczy.

Analogia: “jeśli czworokąt ma wszystkie kąty proste i wszystkie boki równe, to jest kwadratem”. A jeśli jest czerwony to też? A jeśli zielony? A co jeśli pachnie brzoskwinią? To wszystko nie ma najmniejszego wpływu na kwadratowość czworokąta. Tak jak dobre uczynki nie mają, według rzekomych słów Jezusa, wpływu na zbawienie.

Z drugiego zdania wynika, że wiara jest warunkiem koniecznym do zbawienia. Chrzest już nie, no ale... Niewierzący będą potępieni, koniec, kropka. Nieważne jak dobrzy z nich ludzie. Nieważne, że wierzą w jakiegoś innego bożka. Do piekła, smażyć się po wieki wieków! Jakież to nieludzkie i niesprawiedliwe!

Widzę tylko jeden sposób, by nie wierząc, zostać zbawionym: nigdy nie usłyszeć o Jezusie. Tego przypadku on wcale nie rozważa, więc jest szansa, że ta opcja da zbawienie.

Ale jak już ktoś usłyszał bajkę o Jezusie, a w bajki nie wierzy, wtedy ma przechlapane. Cóż, bywa...

PS Nieee, to wcale nie brzmi jak Dzieci, które nie wierzą w Mikołaja, nie dostaną prezentów. Nic a nic.