W dwóch ostatnich postach opisywałem liturgię Triduum Paschalnego i zachęcałem, żeby zajrzeć do kościoła przy ich okazji:

Ale teraz chyba jestem winny przeprosiny. Zapomniałem wspomnieć o najważniejszym: że to wszystko zależy, gdzie się na tę liturgię trafi.

Mi trafiła się w tym roku Parafia Miłosierdzia Bożego w Szczecinku. Nawet nie wiedziałem, że da się aż tak ją spieprzyć.

“Pascha”, moi drodzy, oznacza przejście. Przejście z ciemności do światła, ze śmierci do życia, z niewoli do wolności, ze smutku do radości. Tutaj jednak nie było żadnego przejścia.

Liturgia zaczęła się o godzinie 20, gdy było jeszcze jasno, nawet słońce nie zdążyło zajść. No i gdzie tu jest jakikolwiek sens Liturgii Światła? Tu nie było przejścia z mroku grzechu do światłości Chrystusa Co najwyżej – od jasnego do trochę jaśniejszego. Żaden symboliczny “Jezus” nie przeszedł ze śmierci do życia: przez całą mszę był “martwy” (figura w grobie ciągle tam leżała, trochę komicznie to wyglądało) i jednocześnie cały czas “żywy” (ołtarz od samego początku był przystrojony, mimo że powinien być ogołocony i nakryty dopiero przed Glorią).

Nie było przejścia od ciszy do hałasu, z zadumy do ekstazy. Od początku do końca było smutnawo i nijako. Jaki jest sens uroczystej, paschalnej Glorii, jeśli nijak ona nie kontrastuje z poprzednimi dniami Triduum, jeśli nie ma w niej (poza dzwonkami) żadnego instrumentu? W prezbiterium leżała wprawdzie gitara, ale niestety na leżeniu jej rola się skończyła.

Ta msza niemal niczym nie różniła się od jakiejś randomowej niedzielnej. Wszystkie śpiewy były wykonywane na te same, nudne, osłuchane melodie, identyczne co każdej niedzieli. I wszystkie a capella. Na ołtarzu stały tylko dwie świeczki (i to niepoprawnie, jedna po jednej stronie, druga po drugiej, powinny być obok siebie), podczas gdy na tak uroczystą mszę wypadało by ich dać nawet sześć.

Jeden z księży nazwał pod koniec Wigilię Paschalną “największym świętem chrześcijan”. I bardzo słusznie. Tylko że tu zupełnie nie było tego widać. Nikt nie świętował. W całym kościele dopatrzyłem się tylko trzech uśmiechniętych (czasem) twarzy (z moją włącznie), i wszystkie trzy należały do osób niewierzących, które znalazły się tam nie do końca z własnej woli. Katolicy natomiast jak jeden mąż stali smutni, smętni i jakby byli tam za karę. Albo raczej z obowiązku (którego zresztą niezbyt rozumieją).

I tu tkwi właśnie największy błąd Kościoła – odbiera ludziom radość życia. Kojarzy się głównie z gorzkimi żalami, drogami krzyżowmi, koniecznością spowiedzi, wypominkami, obowiązkami, śmiercią, grzechem. Najważniejszą rzeczą, która kiedyś mi tę radość życia dawała, była właśnie Liturgia Wigilii Paschalnej. Niesamowity power. A tu? Czułem rozczarowanie oraz wręcz zażenowanie, że ja jako głęboko niewierzący, lepiej wiem co się dzieje dokoła i dostrzegam klimat, w jakim teoretycznie mają być przeżyte te święta.

Mogę się przyczepić całej masy błędów w liturgii, ale chyba nie ma tu na to miejsca. Nie będę się rozwodził nad tym, że księża nazywali tę mszę “Liturgią Wielkiej Soboty”, mimo że w Wielką Sobotę nie odprawia się żadnej liturgii, a Wigilia Paschalna jest mszą niedzielną. Już nie będę się powtarzał, że “odnowienie przyrzeczeń chrzecielnych” jest idiotyczne, bo nikt nigdy niczego w ramach chrztu nie przyrzekał, nie ma czego odnawiać [→ Kłamanie dla Jezusa]. Ale muszę powiedzieć to jedno – jeśli Liturgia Wigilii Paschalnej nie jest megaradosna, jebutna, ekstatyczna, to jest po prostu bez sensu. To lepiej by było, gdyby jej w ogóle nie było.

A wystarczyłoby, żeby ksiądz zajrzał do mszału i przeczytał prócz nigryków jeszcze rubryki. Żeby poczytał sobie OWMR. Tam wszytko jest. Kościół istnieje te dwa tysiące lat i akurat to zdążył w tym czasie zrobić porządnie – wypracować sobie metody oddziaływania na ludzkie emocje. Wystarczy podążać za tym, co zapisali w księgach.

Nie dziwota, że ludzi w kościołach ubywa. Tutaj dziś było może z połowę miejsc zajętych. W Służbie Liturgicznej co drugi był mężczyzną na tyle starym, by już zapewne chodzić do kościoła tylko z przyzwyczajenia, a co drugi chłopcem na tyle młodym, że pewnie jeszcze nie zdążył się zastanowić, czy właściwie chce tam chodzić. A reszta nie chce. I wcale się im nie dziwię. Skoro jedyną liturgię, jaką mógłbym uznać za w miarę sensowną z pewnego punktu widzenia, ba, za przyjemną, skoro nawet ją ludzie potrafili uczynić nudną i nijaką...

To zdecydowanie była najgorzej zogranizowana liturgia Wigilii Paschalnej, w jakiej przyszło mi uczestniczyć. Chociaż, prawdę mówiąc, porówania nie mam zbyt wielkiego, za to szczeciniecka parafia konkurencję ma sporą, gdyż przez całe życie uczestniczyłem tylko w Passze w domowej parafii, gdzie sam uczestniczyłem w jej organizacji (głównie liturgii, mniej w śpiewie), oraz raz w szczecińskiej bazylice archikatedralnej, gdzie wszystko było przez kleryków dopięte na ostatni guzik.

Siedzę sobie właśnie i słucham nagrania muzyki z jednej z nich. Tam cały kościół aż trząsł się od pozytywnej energii. A tu? Tu księża i parafianie najwyżej odhaczyli sobie, że mają to już za sobą. Też mi świętowanie...