Miałem przemilczeć temat ostatniego zamieszania wokół profesora Hartmana, ale ten pocieszny obrazek, który widzicie obok, wraz z całym artykułem który ten obrazek ilustruje, tak mnie rozśmieszył, że nie mogłem się nim nie podzielić. No więc już trudno, zacząłem to skończę. Dziś tematem: Wszystkofilia.

Zaczęło się od pewnej niemieckiej pary, która żyła sobie spokojnie i szczęśliwie, aż do czasu, gdy dowiedzieli się, że są rodzeństwem. Wcześniej nie mieli zielonego pojęcia. Ale mimo to grożą im trzy lata więzienia. Dlatego rozgorzała w Niemczech dyskusja na temat karalności kazirodztwa.

Poruszył go także i Hartman, z jednej strony niby ostrożnie i zaznaczając, że wcale nie jest za, tylko chciałby dyskusji na ten temat, lecz z drugiej strony – zachowując swój zwykły przemądrzały styl i przebąkując że “być może miłość kazirodcza jest piękniejsza i pełniejsza”... Wylały się więc na niego wiadra pomyj zarówno ze strony tych, którzy go nie zrozumieli, jak tych, którzy właśnie zrozumieli. Wyrzucono go z partii i z komisji etyki. A prawicowe media i politycy zaczęli się prześcigać w straszeniu ludzi sodomią i gomorią, którą Hartman i genderyści sprowadzą na nasz biedny kraj.

Mówią: “najpierw pedały chcą związków partnerskich, potem będą żądać małżeństw, adopcji dzieci, a potem to już i zoofilię i kazirodztwo będą chcieli legalizować! sami widzicie, Hartman to już zaczął, tylko że od tyłu!”. Gość Niedzielny w tym podlinkowanym artykule ładnie to nazwał: “wszystkofilia”. Że jak wolnościowcom da się rządzić, to zalegalizują sobie dosłownie wszystko.

Tyle że głęboko w rzyci mają ci wszyscy straszący naczelną zasadę każdego liberała: “wolność mojej pięści jest ograniczona bliskością twojego nosa”. Prosta reguła, prawda? Mogę robić, co chcę, dopóki nikogo tym nie krzywdzę. Mogę mieć własną opinię, ale jeśli się nią dzielę, to grzecznie i z szacunkiem, a nie narzucając ją przez blokowanie koncertów i przedstawień czy przez tworzenie prawa dyskryminującego inne punkty widzenia. Tej zasady szeroko pojęta prawica zdaje się zupełnie nie rozumieć.

Co sobie robi jeden gej z drugim we własnej sypialni i za obustronną zgodą, to wyłacznie ich sprawa. Nikomu się krzywda nie dzieje. A nie, przepraszam – pokrzywdzonymi tutaj mogą być właśnie ci geje, że im jakiś katolik wciska nosa do sypialni i wyzywa od zboczeńców. Adoptowane przez nich dziecko niemal na pewno będzie miało u nich zdecydowanie lepiej niż w bidulu. Przede wszystkim: będzie kochane. W takich parach wszystkie dzieci są chciane, żadne nie jest “wpadką”.

Natomiast jeśli chodzi o zoo- czy pedofilię, tu już macki złowrogiego dżędera nie sięgają. I nawet nie usiłują. Bo ani zwierzę, ani dziecko nie jest w stanie wyrazić świadomej zgody na seks, za to może być tym seksem skrzywdzone. Dlatego jeśli ktokolwiek o legalizację takich rzeczy walczy, to tylko marna garstka popaprańców, z którymi przeciętny liberał ani trochę się nie identyfikuje. Kazirodztwo natomiast jest o tyle na granicy między tym, co moim zdaniem wolno, a czego nie, że wprawdzie samo w sobie nikogo nie krzywdzi, lecz jeśli potencjalnie mogą być z tego dzieci – to one już są skrzywdzone, bo z dużym prawdopodobieństwem mogą się urodzić obciążone okropnymi wadami genetycznymi.

I to właśnie jest główny argument Kościoła przeciwko legalizacji kazirodztwa. W pełni się z nim zgadzam, oczywiście. Tylko tak na marginesie chciałbym się zaśmiać, że przecież jest to argument eugeniczny, a przecież Kk przy chyba każdej innej okazji eugeniki szczerze nienawidzi. No cóż, co im kiedy wygodne, tego się złapią.

I chciałbym też się zaśmiać z całej chrześcijańskiej “miłości” płynącej z tego artykułu Gościa (jak z resztą z wielu innych). Miłości tak kipiącej i ociekającej nienawiścią, że aż strach się bać. Nie, nie rozmawiajmy na poziomie, z szacunkiem i spokojem. Lepiej straszmy czytelników wyimaginowanym wrogiem i wciskajmy niemal co drugie słowo coś o “obrzydliwości”, “dewiacji”, “ohydzie”, bierzmy “małżeństwo” i “prawa człowieka” w cudzysłów... No jak cudownie!

Czyjaś biskupencja zasłynęła ostatnio stwierdzeniem, że gender jest zły, bo uczy chłopców że powinni po sobie sprzątać, zamiast czekać, aż żona zrobi to za nich. Straszne, prawda? Co, nie boicie się? W takim razie mam dla was dobrą wiadomość – już nic gorszego niż to, żaden gender nam nie przyniesie. Właściwie to tylko o to w nim chodzi – żeby w człowieku widzieć najpierw człowieka, a dopiero potem jego płeć (tudzież rasę, orientację, narodowość, wyznanie...) Żeby być sobą, niezależnie od tego, czego oczekuje od nas społeczeństwo i przestarzałe normy kulturowe. Masakra, no nie?

Konia z rzędem temu, kto znajdzie sensowną, logiczną zależność między założeniami liberalizmu, gender studies, ruchu antyrasistowskiego czy LGBT, a jakąkolwiek próbą dopuszczenia krzywdzenia drugiej osoby. Bo póki co słyszę tylko “wszystkofilijne” neologizmy i przekrzykiwanie się na wyzwiska. Nie tędy droga, moi drodzy fanatycy...