Z teorią Inteligentnego Projektu nawet się trochę utożsamiam. Ponieważ sam ją wymyśliłem. Poniekąd. Jako dzieciak, niezależnie od innych, i nie nazywając tego w ten sposób.

To dlatego, że uczono mnie w domu i w szkole dwóch zupełnie różnych i sprzecznych rzeczy: raz było, że Bóg stworzył Adama i Ewę w ogrodzie Eden używając do tego tylko ziemi i żebra, a raz że człowiek wyewoluował i ma wspólnego przodka z małpami i ze wszystkimi żywymi organizmami; raz było że Bóg ot tak rzekł sobie słowo i się wszystko stało, a raz że mijały miliardy lat, podczas których kształtowało się wszystko, co dziś istnieje. Jak to dziecko, byłem na tyle głupi, by nie wpaść na to, że któraś z tych wersji może być fałszywa (jakże by mnie mogli rodzice albo nauczyciele okłamać?!), ale przynajmniej na tyle mądry, by zauważyć sprzeczność i coś tam sobie w głowie poukładać, żeby sprzeczność stała się znośniejsza.

Wymyśliłem więc sobie, że najwidoczniej autorzy Biblii “troszeczkę” się pomylili, i tak naprawdę Bóg nie stworzył od razu człowieka, tylko jakąś tam pierwszą komórkę i pilnował, żeby dobrze ewoluowała. Tak samo jego “niech stanie się światło” musiało być metaforą blasku Big Bangu, a wszystkiego, co było później, Bóg już tylko “pilnował”...

Cóż, to jest banalne. To jest rozumowanie dziecka z podstawówki. Dziecka, które ani nie podchodziło krytycznie do tego, co słyszało od swoich autorytetów, ani nie potrafiło samodzielnie ocenić dowodów. I to właśnie rozumowanie jest przez niektórych nazywane jedną z najważniejszych współczesnych teorii naukowych. Wow... Czyli albo musiałem być dwunastoletnim geniuszem, albo po prostu sama teoria jest prymitywna.

Nie dziwota, że krytykuje się ją za nienaukowość czy pseudonaukowość. Cytując Wikipedię:

Dominująca część naukowców zgadza się, że ID jest formą staroziemskiego kreacjonizmu progresywnego, a więc nie jest to teoria naukowa i w nauce nie powinno być dla niej miejsca. Takie jest jednoznaczne stanowisko National Center for Science Education – czołowej amerykańskiej organizacji broniącej nauczania teorii ewolucji w publicznym szkolnictwie i American Association for the Advancement of Science. Zdaniem wymienionych organizacji”teoria inteligentnego projektu” to po prostu “stare wino kreacjonizmu podane w nowej butelce” i jako taka dziedziczy wszystkie wady kreacjonizmu, w tym jego nienaukowość.

Żeby teoria była naukowa, i żeby w ogóle miało sens zajmowanie się nią, musi istnieć jakaś metoda sprawdzenia, czy jest prawdziwa. Proste, prawda? Większość teorii możemy testować, porównując wyniki eksperymentów z oczekiwaniami. Niektórych nie możemy, ale oczekujemy, że niedługo będziemy mogli, gdy na przykład okiełznamy większe energie w zderzaczach cząstek elementarnych. Są też takie, jak teoria strun, których nie udało się sprawdzić eksperymentalnie, ale przynajmniej są one spójne (wręcz piękne) matematycznie. Ale jak niby sprawdzić inteligentny design?

Nie wystarczy zamienić słowa “Bóg” na jakiegoś niedookreślonego, inteligentnego projektanta, żeby moje dziecięce rozkminy nagle nabrały naukowości...

Nie da się stworzyć sensownej hybrydy tych dwóch zupełnie skrajnych sposobów myślenia – opartego o dowody i opartego o objawienie. Podstawą jednego z nich jest odrzucanie tego, co uznamy za fałszywe, podstawą drugiego – uparte trwanie przy dogmacie, niezależnie od dowodów na coś przeciwnego. No, w ostateczności dogmat można ewentualnie trochę nagiąć...

Piszę o tym wszystkim, bo mnie to bawi. Bawi mnie infantylność niektórych “naukowców” (szczególnie gdy patrzę przez pryzmat własnych wspomnień z podstawówki) oraz poziom ich argumentów. Jeden z nich brzmi tak “jeśli widzę zegarek, wiem, że miał on projektanta, jeśli czytam książkę, wiem, że miała autora; a zatem jeśli widzę drzewo, ptaka czy gwiazdę, również wiem, że ktoś inteligentny musiał je stworzyć”.

A przecież istnieje coś, i to takiego, z czym spotykamy się na co dzień, które jest niesłychanie złożone, przytatne, a mimo to powstało bez jakiegokolwiek odgórnego projektu ani projektanta. Co więcej potrafimy całkiem nieźle odtworzyć większość procesu jego powstawania, a i nawet dzisiaj, w krótkiej skali czasowej, na własne oczy ten proces obserwujemy, wystarczy umieć patrzeć.

Język.

Mam nadzieję, że nikt nie będzie usiłował mnie przekonać, że Bóg osobiście wymyślił wszystkie języki świata i pomieszał je ludziom za karę, że usiłowali zbudować sobie wieżę Babel. Kształtowanie się języków jest o wiele bardziej fascynującym procesem! I obserwujemy w nim wiele paralel chociażby do teorii ewolucji, jak choćby znaczenie rozkładu geograficznego do odtwarzania jego przebiegu.

Tak jak w ewolucji darwinowskiej można znaleźć “cel” jednostki w postaci przetrwania i przekazania dalej swojego materiału genetycznego, tak w ewolucji języków widać “cel” jakim jest skuteczne porozumienie się. Oczywiście nie jest to żaden odgórny cel, lecz dążenie jednostek. Jako całość ani jedno ani drugie nie ma żadnego planu, celu ani projektanta. Albo raczej: nie musi mieć.

Bo nie ulega wątpliwości, że mieć może. Istnieje przecież cała masa języków sztucznie stworzonych, z określonym zamierzeniem, przez pojedyńczych ludzi lub małe grupy. Inna sprawa że niestety żaden z nich nie jest używany na większą skalę... Dlatego gdy słyszysz w użyciu jakiś obcy język, masz niemal stuprocentową pewność, że jest to język naturalny. Tak samo ja mam niemal stuprocentową pewność, że wszechświat projektanta nie miał, choć teoretycznie mógłby mieć.

Chyba szaleństwem byłoby powiedzieć: “Język niemiecki jest zbyt skomplikowany, żeby mógł powstać bez żadnego inteligentnego nadzoru. Ja tam wierzę, że jakiś koleś wymyślił go sam, jakieś trzydzieści lat temu, magicznie nauczył go miliony ludzi, a żeby nas dziś zmylić, powymyślał jeszcze ponad tysiącletnią historię tego języka, różne wersje historyczne, podłożył nam zabytki piśmiennicze... Stworzył też angielski, duński, norweski i parę innych, i one są do siebie takie podobne, bo koleś był leniwy i nie chciało mu się ich aż tak zmieniać. A nie dlatego, że mają wspólnego przodka czy coś...”

Absurd? Ale tak właśnie wyglądają twierdzenia kreacjonistów przeniesione na grunt lingwistyczny. Podobnie absurdalnie byłoby, gdyby zrobić to samo z Inteligentnym Dizajnem. “Francuski jest zbyt skomplikowany, żeby powstać naturalnie, na pewno istanił jakiś projektant, który nauczył jakiegoś jaskiniowca pierwszego słowa, a potem pilnował, żeby dobrze się ono rozwijało”.

Jeszcze jeden argument, który mnie rozśmiesza, to “wszystko musi mieć jakąś przyczynę, więc musi istnieć przyczyna wsyzstkich przyczyn, czyli Bóg”. Można spytać “skoro wszystko ma przyczynę, to co jest przyczyną Boga?” i usłyszeć w odpowiedzi “on nie musi mieć przyczyny, on jest wieczny”. Do diaska, skoro zatem jednak nie wszystko musi mieć przyczynę, to czemu tym czymś nie może być wszechświat, tylko musi Bóg?

Zaprawdę powiadam Wam, Inteligentny Projekt jest komiczny. Oj, jest...

Albo raczej tragikomiczny. To straszne, jak głupie rzeczy potrafią wygadywać, byle za wszelką cenę trzymać się dogmatu. Tak bezrefleksyjnie...