W XI wieku Anzelm z Canterbury zaproponował następujący dowód na istnienie Boga:

Każdy może sobie wyobrazić coś możliwie najbardziej doskonałego. Jeśli to coś istnieje wyłącznie w jego umyśle, to wcale nie jest najbardziej doskonałe, jako że istnienie realnie jest większym stopniem doskonałości niż nieistnienie. Ergo: to coś musi istnieć. Ergo: Bóg istnieje. Ergo: słusznie napisano w psalmie 14: “Mówi głupi w swoim sercu: Nie ma Boga.”

Krytykowały ten dowód całe rzesze filozofów. Gaunilon (benedyktyn!) napisał rozprawkę W obronie głupiego, Tomasz z Akwinu (dominikanin!) dosadnie skrytykował pomysł, że ktokolwiek jest w stanie wyobrazić sobie Boga, Immanuel Kant, David Hume i Raymond Smullyan także dorzucili swoje trzy grosze do dyskusji.

Ale najciekawsze (moim zdaniem) dorzucił Australijczyk Douglas Gasking, bo nawet nie podszedł do tego na serio. W genialny sposób sparodiował ten dowód, proponując swój własny, prześmiewczy:

Najwspanialszym dziełem, jakie można sobie wyobrazić, jest stworzenie całego Wszechświata. Im bardziej upośledzony autor, tym większe wrażenie robią na nas jego dzieła. Bo cóż to za wyczyn stworzyć świat, istniejąc i będąc wszechmogącym? O wiele bardziej wyczynowe byłoby stworzenie równie wspaniałego świata przez kogoś mniej zdolnego. A najbardziej – gdyby ktoś stworzył świat nawet mimo tego, że sam nie istnieje!

Zatem Bóg istniejący wcale nie jest najbardziej doskonałą istotą, jaką można sobie wyobrazić, bo Bóg, który nie istnieje, byłby jeszcze bardziej wspaniały i niewiarygodny. Ergo: Bóg nie istnieje.

No geniusz komedii, no!