Oskarżono mnie niedawno o wiarę w “dogmaty” darwinizmu, który to jest “ideologią”. Potem dowiedziałem się, że jeśli ktoś dopuszcza możliwość nieistnienia Boga (jak jakieś 90% światowych naukowców), to ma to z nauką “niewiele wspólnego”, natomiast bezkrytyczne słuchanie hierarchów jest “samodzielnym myśleniem”. Przeraził mnie ogrom tej głupoty, nie dałem rady rozmawiać dalej...

Zacząłem jednak szukać, co mogłoby być takim “dogmatem” w ewolucjonizmie. Szukać poniekąd wbrew rozsądkowi, bo dla nauki nie istnieje takie pojęcie jak dogmat. Przecież “Dogmat to nic innego jak wyraźny zakaz myślenia” (Ludwig Feuerbach), a narzucenie komuś jakiegokolwiek dogmatu byłoby sprzeczne z duchem nauki. No ale szukałem. Pierwsze co mi się skojarzyło, to aksjomat. Jest to pojęcie matematyczne oznaczające twierdzenie, którego się nie udowadnia. Brzmi bardzo dogmatowo, prawda? Na szczęście na tym podobieństwa się kończą.

Zacznijmy od tego, że matematyka zajmuje się czystą abstrakcją. Wprawdzie są różne poglądy filozoficzne na to, czy liczby w ogóle istnieją, ale moim skromnym zdaniem – nie. Nie ma czegoś takiego jak 5... Jest znak graficzny, którym zapisujemy tę liczbę, jest słowo, którego używamy, by ją wyrazić, jest zbiór przedmiotów, którego liczność porównujemy z tą liczbą, lecz wciąż – sama liczba to tylko abstrakcyjna koncepcja. Wprawdzie przydatna jak cholera, stoi na niej cała nasza cywilizacja, ale wciąż tylko koncepcja.

Dlatego w matematyce ciężko o absolutną prawdę. Nie ma możliwości obserwacji abstrakcji, ani przeprowadzenia na niej eksperymentu. W matematyce nie ma evidence, są tylko proofs. Aby udowodnić jakieś zdanie, należy znaleźć inne, z którego nasze wynika. Na przykład aby pokazać że (a+b)2 = a2+2ab+b2 wykorzystujemy założenia takie jak definicja potęgi czy zasady redukcji wyrazów podobnych. Takie rozumowanie doprowadza nas zawsze do nieuchronnego – od czegoś trzeba zacząć, coś musi pozostać nieudowodnione. W każdej teorii, tzn. zbiorze twierdzeń, musi istnieć taki ich podzbiór, z którego wszystkie inne wynikają, a one same nie wynikają z niczego.

Coś tak oczywistego jak to, że 2 + 2 = 4, dla matematyka wcale nie jest aż tak oczywiste. To zdanie jest prawdziwe wyłącznie pod warunkiem, że przyjmiemy za prawdziwe aksjomaty teorii mnogości. Oczywiście przyjmujemy je, gdyż teoria ta ma ogromne zastosowanie praktyczne. Samoloty latają, komputery liczą, budynki stoją.

Bardziej obrazowym przykładem jest geometria. Euklides w swoim dziele Elementy zaproponował następujące aksjomaty:

  1. Dowolne dwa punkty można połączyć odcinkiem.
  2. Dowolny odcinek można przedłużyć nieograniczenie (uzyskując prostą).
  3. Dla danego odcinka można zaznaczyć okrąg o środku w jednym z jego końcowych punktów i promieniu równym jego długości.
  4. Wszystkie kąty proste są przystające.
  5. Dwie proste, które przecinają trzecią w taki sposób, że suma kątów wewnętrznych po jednej stronie jest mniejsza od dwóch kątów prostych, przetną się z tej właśnie strony.

Spróbujcie udowodnić któryś z nich, powodzenia. Wszystkie inne prawdziwe zdania w geometrii euklidesowej wynikają właśnie z tych pięciu. Gdyby odrzucić któreś z nich, mogłoby przestać być prawdziwe na przykład twierdzenie Pitagorasa. I bardzo często tak właśnie się dzieje!

Wyobraź sobie, że jesteś na biegunie północnym i idziesz prosto na równik. Tam skręcasz o 90° w prawo, przechodzisz tę samą odległość co poprzednio, znów skręcasz o 90° w prawo, aż w końcu dochodzisz z powrotem na biegun. Właśnie narysowałeś trójkąt, który zawiera trzy kąty proste! Niemożliwe, przecież w szkole uczyli, że suma kątów w trójkącie to 180°. Owszem, ale tylko w geometrii euklidesowej. Powierzchni kuli nie da się nią opisać. Na niepłaskich przestrzeniach nie jest prawdziwy ostatni postulat Euklidesa, nie muszą więc być prawdziwe wynikające z niego twierdzenia!

W matematyce aksjomaty są niezbędne. Ale czemu uważamy je za naukowe podejście, skoro nie są udowadniane? Przede wszystkim dlatego, że działają. Mało kto zajmuje się teoriami, które nie mają praktycznego zastosowania. Chociaż... w wielu przypadkach zastosowanie teorii znaleziono na długo po jej wymyśleniu, więc może lepiej powiedzieć, że mało kto się nimi “przejmuje”.

W naukach innych niż matematyka również istnieją zdania przyjmowane bez dowodu. Cała Szczególna Teoria Względności Einsteina wynika z tych dwóch postulatów, opartych na obserwacji:

  1. Wszystkie zjawiska fizyczne (nie tylko mechaniczne) przebiegają jednakowo we wszystkich układach inercjalnych.
  2. Prędkość światła w próżni jest stała, jednakowa we wszystkich inercjalnych układach odniesienia i równa c.

Pojęciem zbliżonym do aksjomatu jest paradygmat. Oznacza on podstawę jakiejś nauki, zbiór twierdzeń i teorii, na których jest ona oparta.

Powstaje więc pytanie, w czym nauka jest lepsza od dogmatyki, skoro też istnieją w niej nieudowadniane twierdzenia. Cóż, najważniejsza rzecz – nie ma zakazu podważania paradygmatu. Nie grozi za to ekskomunika, ogień piekielny, ani ostracyzm środowiska naukowego. Jeśli jakiś inny paradygmat jest lepszy niż obecny, zmienia się go. Jeśli inna aksjomatyka lepiej pasuje do rozwiązania danego problemu, używa się jej. Jeśli pojawiają się obserwacje nie pokrywające się z teorią, to odrzucamy lub dostosowujemy tę teorię, prędzej czy później to się stanie. Paradygmat, który nie jest twórczy poznawczo, obumiera.

Wprawdzie człowiek jest tylko człowiekiem i nie lubi, jak mu się podważa coś, do czego się przyzwyczaił, ale ostatecznie zwycięża to co “lepsze”. Ponoć Pitagorejczycy zabili człowieka, który ośmielił się im udowodnić, że istnieją liczby niewymierne. Niektórzy może nazwą to “męczeństwem” za “herezję” matematyczną, ale to wciąż pozostaje zwykłą słabością ludzi, którzy nie potrafili przyznać się do błędu. Nauka jednak poszła dalej, mając w poważaniu ten pseudodogmat. Dowód to dowód. Nie każda liczba jest wymierna, deal with it.

Paradygmat nie jest więc wieczny. Nie jest też odgórnie narzucony, lecz przyjęty na zasadzie konsensusu na podstawie zgodności z resztą wiedzy oraz z obserwacjami. Dodatkowo, musi być wewnętrznie spójny, niezbędny, jak najprostszy i prowadzić do trafnych przewidywań (jeśli postawię most w oparciu o wiedzę fizyczną, to będzie stał). Dogmat nie spełnia żadnego z tych warunków.

Religie nie przewidują dostosowywania dogmatów do nowych obserwacji, lecz wręcz karzą za próby ich podważania. Sobory narzucają wiernym nowe dogmaty, które są, cytując Billa Mahera, rectum-derived. Dogmaty są najzupełniej zbędne (doprawdy, cóż zmienia to, czy Maria była dziewicą czy nie?), często sprzeczne z wiedzą naukową (vide: Dawkins przyznaje rację kreacjonistom) i nie wynikają z nich trafne przewidywania (wyznawcom Maryi-dziewicy życzenia spełniają się równie często co wyznawcom Maryi-niedziewicy (czyli równie często, co gdyby polegać na zwyczajnym łucie szczęścia)).

A zatem w poszukiwaniu “dogmatów naukowych” dotarłem donikąd. Jedyne pojęcia naukowe podobne do dogmatu, okazują się być zupełnie do niego niepodobne. Dogmat urąga rozumowi, natomiast nauka ten rozum eksploatuje we wspaniały sposób. W nauce nie ma dogmatów, ani niczego zbliżonego. To, czego szukałem, jest oksymoronem. A mój oskarżyciel – naukowym ignorantem.