Czasownika “obnosić się” używa się już chyba tylko w jednym znaczeniu – to, co robią geje, ośmielając się ujawniać, że są gejami. Nikt inny się nie “obnosi”. Katolicy na procesji wcale nie “obnoszą się” ze swoją wiarą. Narodowcy na marszach wcale nie “obnoszą się” ze swoim patriotyzmem. A pan Petru maszerujący z kobietą za rękę wcale nie “obnosi się” ze swoim heteroseksualizmem, ot zwyczajnie wyraża swoją miłość.

Pan Petru zamiast sugerować, że ma coming out swojego partyjnego kolegi za fanaberię, powinien raczej się cieszyć, że sam nie potrzebuje żadnego robić.

Coming outu nie robi się dla przyjemności ani dla korzyści. Bo żadna przyjemność ani korzyść z tego nie wynika. Coming out jest ciężkim wyzwaniem. Osoby, które nigdy nie doświadczyły tego przejmującego strachu przed odrzuceniem, nie zrozumieją, jak trudny to jest krok. Ale dzięki niemu można wreszcie stanąć w prawdzie o sobie, wreszcie odetchnąć wolnością.

I wreszcie móc się “obnosić”. Cokolwiek znaczy to tajemnicze “obnoszenie się”... Spacer za rękę? Buzi? Zawarcie związku (który pan Petru niby popiera)? To tak niedodefiniowane słowo, że każdy może pod nie podciągnąć, co mu się podoba.

A tak naprawdę “obnoszenie się” to obrzydliwy eufemizm oznaczający coś zupełnie innego: dzielenie ludzi na lepszych i gorszych. Na tych, którzy okazują miłość, i na tych, którzy “się obnoszą”. Na tych, którzy mają prawo do szczęścia, i na tych, którym ewentualnie, łaskawie można by na to szczęście pozwolić, żeby nie urazić lewicowych wyborców.

I dlatego tak szczerze nie znoszę tego słowa. Jest zasłoną dymną. Tak jak kiedyś niektórzy “nie mieli nic do Żydów, tylko lepiej ich wysłać na Madagaskar”, tak dziś niektórzy “nie mają nic do homo, byle się nie obnosili”.

To znaczy, że mają coś do homo.