W poście Czy oni naprawdę w to wierzą? rozważałem autentyczność wiary katolickich duchownych. Ostatnio jednak poszedłem w swych rozmyślaniach dalej – a przeciętni wierni? Czy oni naprawdę wierzą w to, co wyznają?

Przeważająca większość, na całe szczęście, nie. Dlaczego tak sądzę?

Cóż... Wyobraź sobie że jesteś gorliwie wierzącym. Powiedzmy że w Biblię. Przeciętnym, statystycznym katolikiem. Teraz wyobraź sobie, że jesteś sędzią i masz rozstrzygnąć sprawę karną. Facet wyciągnął pistolet w centrum handlowym i zastrzelił 11 osób. Dowody są przytłaczające. Na swoją obronę ma to: dzień wcześniej zobaczył węża, wąż do niego przemówił i namówił go do tego czynu. Morderca był zatem niepoczytalny, zwiedziony przez Szatana, Księcia Ciemności, któż mógłby się mu oprzeć?

Inna sprawa: kobieta zamordowała swoje dziecko. Usłyszała w głowie głos Boga, który chciał przetestować jej wiarę, więc nakazał jej złożyć to dziecko sobie w ofierze.

Jaki byłby Twój wyrok w tych sprawach? Wierzysz im? Nie?! Hmm... Wierzysz w opowieść o Ogrodzie Eden, ale nie w gadającego węża? Podziwiasz postawę Abrahama, ale potępiasz zachowanie tej kobiety? Jakkolwiek metaforycznie nie chciałbyś interpretować Biblii, i tak nie możesz uciec od takich dylematów. Skoro wierzysz, że Bóg przemawia bezpośrednio do ludzi i chce testować ich wiarę, to czemu nie robisz tego konsekwentnie?

Albo powiedzmy że twierdzisz, iż homoseksualność jest grzechem. Bo tak wyczytałeś w Księdze Kapłańskiej. Czyżbyś nie wyczytał w tej samej księdze słów potępienia dla tatuażu, kaszanki, krewetek, wieprzowiny, golenia pejsów i wielu innych nieszkodliwych rzeczy? No widzisz. Albo nie obchodzi Cię to na tyle, by choćby przeczytać, co tam w ogóle jest, albo przeczytałeś, lecz masz to głęboko w rzyci. Dlaczego? To proste. Nie lubisz gejów, bo Cię brzydzą. Po prostu. Masz dziwne fobie, masz jakieś tam wychowanie i uwarunkowania kulturowe. I to jest jak najbardziej w porządku! Przecież brzydzi Cię też Aborygen jedzący pająki, a jemu to smakuje. I nic w tym złego!

Ale nie chcesz się do tego przyznać. Czemu? Przecież to chyba jedyny rozsądny powód, by być przeciwnym homoseksualności. Czemu wolisz się zasłaniać “wolą Boga”, skoro w setkach innych aspektów życia zupełnie tę “wolę” ignorujesz? Czemu używasz Biblię, a nie żyjesz nią? Czemu zasłaniasz się gadaniem, że to “nienaturalne” i że geje “używają narządów niezgodnie z przeznaczeniem”? Przecież dobrze wiesz, że żaden sprzęt elektroniczny, którego używasz, nie jest “naturalny”. Przecież powinni Cię w szkole nauczyć, że nasze palce wyewoluowały w celu ułatwienia nam wspinania się po drzewach, więc czemu sam używasz ich “niezgodnie z przeznaczeniem”?

Jezus uczy Cię bezwarunkowej miłości do każdego bliźniego. Skoro naprawdę wierzysz, że są to słowa Wszechmocnego, Absolutu, skoro wierzysz, że za nieposłuszeństwo grożą Ci nieustające męki piekielne, to gdzież jest ta Twoja miłość? Jeśli wierzysz w tak wielką motywację, to czemu tak trudno Ci przebaczyć komuś, kto Cię skrzywdził? Skoro uważasz, że Nauka Kościoła jest nieomylna i zesłana przez samego Boga, to czemu stosujesz antykoncepcję? Czemu współżyjesz przed ślubem?

Jeśli naprawdę wierzysz, że jesz rzeczywiste, prawdziwe ciało Chrystusa, to czy przyznajesz, że jesteś kanibalem? Jeśli naprawdę sądzisz, że wino w kielichu jest realną krwią Jezusa, to czyż nie pachnie to wampiryzmem?

Jeśli jesteśmy czegoś absolutnie pewni, to przecież nie wielbimy tego grupowo, prawda? Jesteś pewny na 100%, że jutro rano wzejdzie Słońce. Cieszysz się z tego, bo przecież bez niego nie byłoby życia na Ziemi. Nie wstajesz jednak przed świtem, nie spotykasz się z grupą innych wyznawców Słońca i nie błagasz go o wzejście, ani nie świętujesz, gdy to już się stanie.

Jesteś absolutnie pewny swojej głębokiej wiary w boskość Jezusa, niebo po śmierci, niepokalane poczęcie i gadającego węża, tak? A zatem zastanów się, proszę, po co właściwie przychodzisz do kościoła? By wielbić Boga? Sądzisz, że Wszechmogącemu, Wszechobecnemu, Wszechwiedzącemu mogło by być potrzebne te parę piosenek, które zaśpiewa na jego cześć nic nieznacząca kupka atomów na jednej z milionów planet w jednej z wielu milionów galaktyk?

Więc może wcale nie chodzi o to? Może po prostu potrzebujesz upewnienia? Może wcale w to wszystko nie wierzysz, ale idziesz do kościoła, bo w uwierzeniu pomaga Ci widok setek czy tysięcy innych ludzi, którzy dzielą z Tobą to samo urojenie?

Gdyby ludzie prawdziwie wierzyli w to, co mówią ich święte księgi (czy to Biblia, czy jakakolwiek inna) i ich Kościoły, to świat byłby okropnym miejscem. Wyobraź sobie Ziemię pełną fundamentalistów!

Często zrzuca się winy religii na jej fundamentalistów. “Terroryści to nie prawdziwi muzułmanie, tylko fundamentaliści”. “Radio Maryja to nie prawdziwy katolicyzm, tylko jego nieliczna, bigoteryjna część”. Skoro tak nienawidzimy ludzi najbardziej fundamentalnie i dokładnie przestrzegających zasad danej religii, to co to świadczy o samej religii? Im mniej religii w religii, tym lepiej? Więc na co komu religia?

Nie przestrzegamy tego, co religie nam mówią, bo sami wiemy lepiej. Jahwe mówi, że w porządku jest mieć niewolnika, ale nasza świecka moralność nam na to nie pozwala. Jahwe mówi, że kobietę powinniśmy traktować jak przedmiot, ale my tego nie robimy, bo wiemy lepiej. Biskupi zabraniają nam wielu rzeczy, ale i tak to robimy, bo mamy własną moralność i własne sumienie. I chwała Bogu!

Dlaczego zatem uczestniczymy w tej szopce? Wmawiamy sobie, że wierzymy, choć większość tej wiary mamy w głębokim poważaniu? Marnujemy niedzielne poranki, tylko po to, by upewnić się, że nie jesteśmy sami w naszym urojeniu? Odpowiedzi jest wiele. Po części kultura, tradycja, wychowanie, lęk przed sprzeciwem wobec większości, czasem nieświadomość, że w ogóle można inaczej. Jednak moim zdaniem najważniejszym powodem jest strach przed śmiercią.

Przemijalność nas przytłacza. Nie chcemy umierać. Jest nam tu na tyle dobrze, że chcemy żyć wiecznie. I wszystkie religie właśnie to obiecują – życie wieczne w jakiejś tam formie. Więc jakkolwiek bzdurne rzeczy nie mówiła by nam religia, jakkolwiek głupie rzeczy narzucała bądź zabraniała, mimo że w większości i tak żyjemy własnym życiem, nie przejmując się za bardzo stanowiskiem Kościoła, to jednak godzimy się na tę powierzchowną szopkę naszej “wiary”. Dążymy, choćby podświadomie, do tego, by nasz strach przed śmiercią został oswojony...