Naszło mnie ostatnio olśnienie. Wyłonił mi się w głowie zaskakujący (choć dość oczywisty) wniosek z wiedzy, którą zdobywałem od dawna. No ale po kolei... Otóż im więcej wiem o katolicyzmie, tym wyraźniej rysuje mi się przed oczami obraz dwóch zupełnie różnych historii – tej, którą księża znają, i tej, którą głoszą...

Znajomość Biblii

Nie bez przyczyny mówi się, że przeczytanie ze zrozumieniem Biblii jest paradoksalnie pierwszym krokiem do zostania ateistą. Nie mówię, że Biblia jest zła. Ta książka jest naprawdę świetnym zbiorem antycznej literatury, kompilacją ogromu różnych gatunków literackich, stylów i poglądów. Znajdziemy w niej piękne psalmy, przysłowia, przypowieści, Księgę Koheleta, Pieśń nad pieśniami... Problem zaczyna się wtedy, gdy uważamy ją za świętą, objawioną i nieomylną. Bo prócz pięknych rzeczy jest cała masa okropnych, przedstawiających Jahwe jako okrutnego, mściwego, zazdrosnego bożka, homofoba, mizoginistę, megalomana, który nakazuje Izraelitom wymordowanie całych narodów, wraz z kobietami i dziećmi, nakazuje ofiary ze zwierząt i ludzi, dyskryminację niepełnosprawnych, przymusowe małżeństwa z gwałcicielami, karę ukamienowania za cudzołóstwo, itd. itd... Żaden człowiek, nazywający siebie “moralnym”, nie podziela takiej biblijnej wizji świata.

Pismo Święte jest pełne jawnych sprzeczności. Już pierwsze dwa rozdziały Księgi Rodzaju są ze sobą wzajemnie sprzeczne. Cztery Ewangelie podają cztery zupełnie różne wersje historii o pustym grobie, a przecież opowieść o zmartwychwstaniu jest rdzeniem całej wiary chrześcijańskiej! Przykładów można mnożyć i mnożyć. To wcale nie jest jedna historia opisana na różne sposoby. To są zupełnie różne opowieści stworzone przez różnych ludzi i przekazujące różne informacje!

O tym wszystkim wie każdy, kto przeczytał i zrozumiał Biblię. A księża nie tylko ją przeczytali. Studiując teologię, poznali ją na wylot. Analizowali, czytali fragmenty w językach oryginalnych. Znają wiele biblijnych okropieństw, niedomówień i sprzeczności. A mimo to ze świecą szukać kazania z ambony, w którym kapłan objaśniałby, co miał Jahwe na myśli karząc wrogów Izraela wymazaniem im twarzy fekaliami (Mal 2, 3) albo nakazując niewolnikom posłuszeństwo nawet najokrutniejszemu panu (Ef 6, 5-9, Kol 3, 22-24, P 2, 18-21). Nietrudno zrozumieć dlaczego księża tak robią – któż by kalał własne gniazdo?

Ale trzeba powiedzieć sobie jasno: to jest hipokryzja. Wybieramy sobie z Biblii tylko te fajne fragmenty, i to jest bardzo dobre. Ale przynajmniej nazwijmy to po imieniu: robimy to dlatego, że mamy własne poczucie prawdy i moralności, różne od biblijnego. Odrzucamy, co jest w niej złego, bo wiemy, że jest złe. Kropka. Nie można wierzyć w nieomylność Biblii, jeśli się widzi, jak bardzo jest omylna.

Znajomość historii Biblii

Samo to, jak Pismo Święte powstało, jest dla kapłanów trudnym do strawienia faktem. Odkrycia archeologiczne oraz badania paleograficzne wciąż coraz bardziej podważają autentyczność zdarzeń opisanych w Biblii. Nie mówiąc już o teorii ewolucji i wielkiego wybuchu, które doprowadziły do zaprzestania dosłownej interpretacji Pisma. Bóg nie stworzył świata w tydzień kilka tysięcy lat temu – tę wersję wymyśliło sobie prymitywne plemię koczownicze, aby wyjaśnić istnienie wszystkiego. Archeolodzy mówią nam, że Abraham wcale nie czcił jednego Boga (pomijając już to, że Abraham najprawdopodobniej w ogóle nie istniał), lecz cały panteon kananejskich bóstw z Elem (Jahwe) na czele i jego żoną, Aszerą, u boku. Dopiero przy przesiedleniu babilońskim powstała idea monoteizmu, a Biblia została poprawiona, choć i tak wiele fragmentów zdradza wcześniejszą wiarę Izraelitów w wielu bogów (Rdz 1, Ps 82, wielokrotne wspomnienia Baala i Aszery) [link]

Dr Bart Ehrman napisał książkę “Przeinaczanie Jezusa” [link], w której przedstawia i omawia najważniejsze zmiany w tekście Nowego Testamentu. Począwszy od przypadkowych pomyłek kopistów, którzy tak jak my miewali problemy z ortografią, bywali senni i nieuważni, aż do celowych zmian motywowanych teologicznie. Udowadnia, że tak ważne fragmenty NT jak zakończenie Ewangelii Marka, opowieść o kobiecie przyłapanej na cudzołóstwie czy jedyna wzmianka o Trójcy Świętej są zwyczajnymi apokryfami dopisanymi do Biblii, by bronić jakiegoś poglądu teologicznego (trynitaryzmu, antyadopcjonizmu, antydoketyzmu, antyseparacjonizmu, ...). Mamy do dziś zachowane ok. 30 000 manuskryptów NT, z których żadne dwa się ze sobą nie zgadzają. Jednym słowem: jak możemy wierzyć w boskie pochodzenie słów Biblii i przestrzegać ich, skoro nie mamy nawet zielonego pocięcia, jakie to są słowa? Pojawia się też myśl, że skoro celem Boga było przekazanie nam swoich słów, to czemu nie zadał sobie trudu by je zachować dla potomnych w nietkniętym i jednoznacznym stanie?

Te wszystkie fakty o historii Pisma mogą brzmieć jak teorie spiskowe, ale z całą pewnością nimi nie są. Dr Ehrman w jednym z wywiadów [link] mówi wyraźnie, że takie informacje są wiedzą akceptowaną przez środowisko naukowe [link], a nawet uczone na studiach teologicznych! Tak, księża doskonale zdają sobie sprawę, że uczą czegoś, co jest zafałszowane, przeinaczone i ludzkie. Muszą sobie zdawać sprawę, bo jak inaczej otrzymaliby stopień magistra teologii?

Znajomość historii Kościoła

Kolejny temat-rzeka. Kościół święty nie jest i nigdy nie był. Wystarczy przeczytać dowolną książkę historyczną na ten temat i pomyśleć o niej, wyrzucając na chwilę z głowy mit (wręcz dogmat) o jego świętości. Historia Kościoła jest historią walk politycznych, intryg, przemocy i ogromnej władzy. Każdy słyszał to i owo o krucjatach i świętej inkwizycji, lecz gdy przyjrzeć się bliżej, podobnych spraw jest tyle, ile ziaren piasku na plaży [link]. Fałszerstwo Donacji Konstantyna, stwierdzającej wyższość władzy papieskiej nad cesarską, ród Borgiów, Trupi Sąd, sprawa Giordano Bruno, antynaukowość, Biblia figurująca w Indeksie Ksiąg Zakazanych, Konstytucja apostolska Unigenitus Dei Filius zabraniająca samodzielnego jej czytania (nic dziwnego, zważywszy na punkt pierwszy mojego rozważania)...

W wielkim skrócie: historia Kościoła katolickiego to jedno wielkie bagno. Coś, czego teraz całkiem słusznie się wstydzi i próbuje tuszować. Oczywiście samo w sobie nie ma to związku z obecnymi księżmi. Nie mam pretensji do Benedykta XVI za grzechy Kaliksta III, tak samo jak nie można obarczać Angeli Merkel ani żadnego przeciętnego Niemca winą za czyny Adolfa Hitlera. Ale chodzi mi o coś innego – Kościołowi nie wolno rościć sobie nieomylności i świętości, uznawać się za ponadczasowy autorytet moralny, ani za coś więcej niż tylko ludzką instytucję, jeżeli dowody jawnie temu przeczą. Jeśli kiedyś mówił “nie ma zbawienia poza Kościołem”, a dziś mówi, że jednak może być, to znaczy że albo wtedy albo teraz się mylił. Tertium non datur. Ergo: nieomylny nie jest.

Czy księża nie znają historii Kościoła? Jeśli jakimś cudem nie, to trzeba by od nich żądać zwrotu dyplomu studiów wyższych. A czy przedstawiają ją wiernym w tej postaci, jak ona wygląda naprawdę? Czy raczej głoszą nieomylność instytucji Kościoła?

Skandale pedofilskie

Historia historią, ale czasy obecne również nie przedstawiają Kościoła w pozytywnym świetle. Nie będę się tu za długo rozwodził, polecę tylko dwa świetne filmy dokumentalne: Zbrodnie seksualne i Watykan oraz Mea Maxima Culpa. Pokazują one całą zgniliznę moralną na każdym szczeblu hierarchii kościelnej. Zawierają wypowiedzi byłych księży, dokumenty i wyroki sądowe, wskazujące na krzywdy, jakie są wyrządzane dzieciom przez kapłanów, oraz na tuszowanie tych krzywd przez kurie.

Oczywiście absolutnie nie insynuuję, że każdy ksiądz jest pedofilem, broń Boże! Ale bardzo ważna jest wypowiedź biskupa z drugiego filmu: że o pedofilii w Kościele katolickim wiedzą wszyscy, a im wyżej w hierarchii, tym wiedzą więcej. Wszyscy. Zatrważające.

Wiedzą i nie reagują? Wiedzą, ale wciąż uznają Kk za święty? Wiedzą, a i tak oburzają się na medialne “ataki na Kościół”?

Badania mówią, że co najmniej 50% księży na wiele różnych sposobów łamie celibat. Sam mam znajomych, którzy byli z księżmi w homoseksualnych związkach, albo którzy opowiadają, że byli przez księży zgwałceni. Ponad 50%. A z ambony głoszą piekło dla gejów i par bez ślubu. Jak to inaczej nazwać, jeśli nie hipokryzją?

Teologia

Coś, czego nauką nazwać nie można, bo ani nie stosuje metody naukowej, ani nie stawia hipotez, które mogą być w jakikolwiek sposób zweryfikowane. Księża bardzo dobrze wiedzą (bo przecież się tego uczą), jakie są źródła “wiedzy” teologicznej: Pismo Święte, symbole wiary, liturgie, wiara Ludu Bożego (sensus fidei), nauczanie soborów, nauczanie papieża ex cathedra, nauczanie Kościoła rozproszonego po świecie (biskupów i synodów), nauczanie Ojców Kościoła, zwyczajne nauczanie papieży, historia Kościoła, Prawo Kościelne, sztuka sakralna (!), nauczanie teologów, literatura piękna (!), Znaki Czasu (!?), człowiek, wiara, doświadczenie osób i wspólnot chrześcijańskich [link]... Właśnie tak, źródłem nauczania teologów jest nauczanie teologów! Czyli słowo rodzi słowo. Dedukcja teologiczna wygląda tak: Wiem, że tak jest, bo ktoś tak powiedział. A on wie, bo wie. Kropka. Żadnego racjonalnego źródła wiedzy, a tylko rozmyślania oparte o cudze rozmyślania, które są oparte o cudze rozmyślania...

Teologia to dyscyplina, która przez ostatnie tysiąc lat nie ruszyła z miejsca. Nie odkryła nic nowego, nie dokonała żadnego przełomu. Co najwyżej hamowała rozwój nauki. A gdy już nie mogła dalej hamować (Darwin, Giordano Bruno, Kopernik, etc.), kombinowała naokoło, jak by połączyć te nowe odkrycia z własną doktryną i wmówić ludziom, że od zawsze tak twierdziła.

Czy teologowie nie wiedzą, jakie są podstawy i skutki działania teologii? Wolne żarty!

Anegdota

Natknąłem się ostatnio na taką opowieść:

reddit.com

Wiecie, wiele lat temu byłam tancerką erotyczną. Miałam stałego klienta, który przychodzi raz na dwa tygodnie i zamawiał taniec do konkretnej piosenki. Był bardzo miły, typ intelektualisty, i umiał kontrolować się po alkoholu.

Gdy dowiedziałam się, że jest katolickim księdzem, spytałam: “Wyglądasz na inteligentnego człowieka, czy mogę ci zadać osobiste pytanie?”. Odpowiedział: “Jeśli chodzi o celibat, to oglądanie tancerek go nie łamie”. Zaśmiałam się i powiedziałam, że to nie o to chodzi. “Spędziłeś większość życia studiując teksty religijne, czy ty naprawdę wierzysz, że Bóg istnieje?”. Był ze mną szczery i powiedział mi prawdę: “Wątpiłem w istnienie Boga przez wiele lat. Dla mnie nie miało to sensu, więc podzieliłem się wątpliwościami z moim biskupem. Powiedział mi, że w Bogu nie chodzi o wiarę, w Bogu chodzi o kontrolowanie mas.”

Już wcześniej byłam ateistką, ale to zdarzenie zdjęło mi jakieś klapki z oczu. Oni nie wierzą we własne bzdury. Doskonale wiedzą, co robią.

Tak, spędzają czas w seminariach ucząc się, jak wielką kupą gnoju to wszystko jest, a potem idą w świat i uczą tego jak prawdy. Szarlatani!

Czy ta opowieść jest prawdziwa czy też nie, tego nie wiem. Ale jest dla mnie wysoce prawdopodobna. I bardzo ważna, choć nie do końca się zgadzam z całością przesłania (wierzę w Boga, lecz po prostu nie tak zinfantylizowanego i upolitycznionego jak ten katolicki).

Wnioski

Te sześć punktów, sześć spraw, które przed chwilą pokrótce nakreśliłem, pałęta mi się w rozważaniach już od dłuższego czasu. Ale dopiero niedawno skontaminowały mi się one w jeden wspólny wniosek: Nie, oni w to nie wierzą. Żaden.

W każdym z tych sześciu punktów rzuca się w oczy ogromny dysonans między tym, co księża wiedzą (lub powinni wiedzieć, jako ludzie roszczący sobie znajomość Mądrości Kościoła i posiadający magisteria z teologii), a tym, co głoszą ludowi. Dlaczego?

Odpowiedź jest wręcz oczywista. Niemożliwym jest, aby człowiek posiadający taką wiedzę o takiej religii wciąż w nią wierzył. Musi albo mieć IQ na poziomie krawężnika, albo być perfidnym manipulatorem i oszustem głoszącym nieprawdę dla zysków materialnych i politycznych.

Dawno dawno temu patrzyłem na księży jak na nadludzi. Tak jak mieszkańcy Wilkowyj patrzą na swojego proboszcza. Później ta maska została zdarta, ujrzałem w nich zwykłych ludzi, z ich zaletami i wadami, talentami i słabościami. Wciąż jednak miałem nadzieję, że oni naprawdę głęboko i żarliwie wierzą w to, co głoszą. Że są dobrymi ludźmi, tylko po prostu wierzą w co innego niż ja. Ale teraz już nie mam złudzeń, niestety...

Nie mam zamiaru tu obrażać żadnego księdza. Wielu dobrze znam i bardzo lubię od tej prywatnej strony. Ale muszę nazwać po imieniu to, co widzę. Oszustwo. Idea Boga jest niszczona. Ludzkie mózgi z premedytacją prane i zaśmiecane.

Wierzę w Boga zupełnie innego niż ten, głoszony przez hierarchów i plebanów. Wierzę też w wartości, których oni najwyraźniej nie uznają: prawdę i uczciwość.

I jest mi przykro. Jest mi tak cholernie przykro...

Post Scriptum

Dziękuję za zainteresowanie artykułem na facebooku. Pragnę tylko dodać, w odpowiedzi na niektóre komentarze, że jestem całkowicie świadomy jego ogólnikowości. Gdybym miał opisywać dokładnie wszystkie poruszone zagadnienia, wydałbym grube tomiszcze, a nie krótki artykulik. To miał być felieton, a nie praca naukowa. Zależy mi wyłącznie na poruszeniu paru kwestii, zachęceniu do zgłębienia tematów oraz podzieleniu się moimi wnioskami.