Gdy Dawkins powiedział kiedyś, że zapewne nie uwierzyłby w Boga, nawet gdyby objawił mu się trzystumetrowy Jezus, to debatujący z nim kardynał George Pell dorzucił: “Ja bym pomyślał, że masz halucynacje”. No patrzcie, nawet katolicki arcybiskup dostrzega problemy związane z dowodzeniem z → osobistego doświadczenia!

Jaka więc jest “poprawna” odpowiedź na pytanie “Jaki dowód sprawiłby, że uwierzyłbyś w Boga?”? Jakie odkrycie, obserwacja, dowód logiczny, cokolwiek, sprawiłoby, że każdy szanujący swój rozum ateista musiałby przyznać, że się mylił?

Otóż: nie mam pojęcia... Totalnie. Bo im lepiej poznajemy wszechświat, tym więcej wskazuje na to, że wcale nikt go nie musiał stwarzać. Coś, co miałoby to wszystko zanegować, musiałoby być ogromnym odkryciem. Na tyle ogromnym, by póki co nie mieścić się w mojej malutkiej główce...

Ale żeby niewierzący uwierzył, niekoniecznie trzeba dowodów. W końcu wszyscy wierzący robią to mimo ich braku, prawda? Przecież taka właśnie jest definicja “wiary”!

Ech, jest coś trafnego w pięknej piosence “W lekkim powiewie, przychodzisz do mnie, Panie”... Często nie trzeba żadnych wielkich przeżyć mistycznych, tragedii, uniesień, wichrów i burz, czasem wystarczy leciutkie niejasne przeczucie... I nie przeczę, że może i mnie ono kiedyś dopadnie.

Tak tak, żeby nawrócić “zagorzałego ateistę” wcale nie trzeba wiele. Tylko co z tego?

Mogę się założyć, że wiara w Boga nie zmieniłaby w moim życiu zupełnie nic. Poza może większą ilością gadania do siebie, obarczania niewidzialnego przyjaciela problemami, które i tak sam muszę rozwiązać, i złudnymi nadziejami na jakąś tam niesprecyzowaną wizję życia po śmierci.

Bo, przykro mi bardzo, nigdy nie uwierzę w Boga, który interweniuje w świecie, wysłuchuje modlitw, rodzi się z dziewicy, zsyła prorokom skrzydlate konie, ostrzega nas przed gadającymi wężami, chodzi po wodzie i przekazuje swoje wielkie objawienie za pomocą totalnie niewiarygodnych ksiąg... To wszystko jest na takim poziomie absurdu, że mogę z całą pewnością powiedzieć, że w życiu nie dam się na tak tanie oszustwa nabrać.

Samo dowiedzenie istnienia Boga, nie dowodzi jeszcze że jest on osobowy, transcendentny, miłosierny, wszechmogący, wszechwiedzący, a przede wszystkim – że jest to akurat Jahwe, Jezus, Allach, Zeus, Thor czy tam Krishna. Z samego dowiedzenia istnienia Boga nie wynika zupełnie nic.

Życie jest jakie jest, a świadomość, że istnieje jakaś “wyższa siła” niewiele w nim zmienia. I tak musimy sobie ze wszystkim radzić sami. Czy to siła osobowa, bezosobowa czy nieistniejąca, nieważne – najwyraźniej i tak ma nas gdzieś.

Ale pozwólcie mi odwrócić pytanie: jeśli jesteś wierzący, to co musiałoby się zdarzyć, żebyś przestał wierzyć? Jaki poziom absurdalności Twojej religii sprawiłby, że coś by w Tobie pękło?