Wspominałem ostatnio z mężem przedziwny zwyczaj “wypominek”, które się właśnie zaczęły znów odbywać w polskich kościołach. Polegają na tym, jeśli ktoś nie kojarzy, że wierni znoszą do księdza stosy kartek z wypisanymi imionami swoich zmarłych bliskich, ksiądz monotonnie (bo inaczej się nie da) odczytuje je podczas nabożeństwa, a wierni wsłuchują się uważnie, kiedy wreszcie będą mogli pomyśleć sobie z dumą i satysfakcją “o! moją kartkę czyta!”.

To jest nudne. Po prostu nudne i bezcelowe. Bo ciężko nazwać “wspominaniem zmarłych” wyplucie ich imion przez mikrofon pośród tony innych. Trzeba mieć poważnie przemaglowany mózg, żeby z własnej woli (ba! z przyjemnością!) brać w tym udział. A ludzie biorą.

Pamiętam jak usilnie namawiano (slash przymuszano) ministrantów do brania w tym udziału. W sumie to do wszelakich majowych, czerwcowych i październikowych też. Ministrantów namawiano, tych co niby tak chętnie do kościoła zaglądają, i co na nich tak szczególnie Łaska spływa... I tak sobie myślę: jakoś nie widać masowego buntu dzieciaków przeciw chodzeniu na dodatkowy angielski. Mimo że żadnej szczególnej łaski tam nie doświadczają. Jakże to tak?

Czy to, że dzieci wybitnie niechętnie biorą w czymś udział, to już wyznacznik indoktrynacji? Nie no, bez przesady. Zapewne równie niechętnie myją zęby czy jedzą wątróbkę. Nie wszystko w życiu musi być przyjemne i pociągające, żeby było dobre.

Ale to już coś i tak daje do myślenia.

Pomyślcie, jak wielu dorosłych ma podobne podejście. Chodzą do kościoła, choć okropnie tego nie znoszą, żeby móc się dostać do nieba, które ich zdaniem będzie wyglądało jak... wieczny kościół! Gdzie w tym sens? Chyba w tym miejscu już trzeba się zastanowić, czy przypadkiem ktoś mi w dzieciństwie nie wyprał mózgu na tyle, że teraz ciągle robię coś wbrew zdrowemu rozsądkowi i wbrew samemu sobie...