Brak potrzeby duchowości – szczytem duchowości?

Ciężko zaprzeczyć, że w człowieka jest wbudowana jakaś potrzeba wiary czy duchowości. Ludzie uparcie szukają sensu życia, marzą o życiu po śmierci, dbają (jeśli mają na to czas) o swój “rozwój duchowy”, czy to w bardziej czy w mniej religijny sposób. Ale ja się właśnie zorientowałem, że sam od ponad roku ani na chwilę nie czułem takiej potrzeby. Czy jestem jakiś dziwny?

A może wręcz przeciwnie? Inni spędzają lwią część swojego czasu na szukaniu sensu życia i próbach pozbycia się strachu przed śmiercią, a ja czuję, jakby to było gdzieś zupełnie poza mną. I wcale nie czuję się przez to jak jakiś gorszy czy nieludzki...

“Kiedy zaś stałem się mężczyzną, wyzbyłem się tego, co dziecinne(1 Kor 13, 11). Wiara w świętego Mikołaja jest dziecinna. Wiara we wszechmogącego dziadka z brodą siedzącego na chmurze i władającego ludźmi – jest dziecinna. Uparte doszukiwanie się we wszystkim jakiejś wyższej, inteligentnej mocy sprawczej, czy to osobowej czy nie – także jest w jakimś stopniu dziecinne. Wieczne łudzenie się, że po tym życiu być może trafi się nam jakieś inne – także.

Sukcesem życiowym w sensie ekonomicznym nie jest wygranie milionów w Dużym Lotku, lecz wypracowanie sobie takiej stabilności finansowej, by ewentualna wygrana była co najwyżej bardzo miłą niespodzianką, a nie jedynym możliwym sposobem na życie. Jeśli dorosły człowiek żyje wyłącznie ciągłą wiarą, że miliony złotych spadną mu z nieba, i pół życia poświęca na marzenia oraz na wypełnianie kuponów – uznamy go za dziecinnego.

Tak samo widzę tę sprawę w sensie duchowym. Jeśli okaże się, że Bóg istnieje, że nas kocha i że ma dla nas jakieś megaprzyjemne życie wieczne – będę bardzo zaskoczony i wielce się z tego ucieszę. Ale póki co, po prostu przyjmuję na klatę, że są na to wyjątkowo marne szanse. Nie potrzebuję do szczęścia ani Boga, ani świata duchowego, ani obietnic drugiego życia, po prostu nie potrzebuję.

Śmierć wcale nas nie dotyczy. Bo gdy my istniejemy, śmierć jest nieobecna, a gdy tylko śmierć się pojawi, wtedy nas już nie ma. (Epikur)

Nie chcę zabrzmieć jak jakiś nadęty bufon, który wszystko wie lepiej i musi się koniecznie pochwalić, że perspektywa jego nieuchronnej anihilacji jakoś nie spędza mu snu z powiek. Ani jak uczeń, który przerósł wszystkich mistrzów i zjdał wszystkie rozumy. Mam nadzieję, że nikt tego tak nie odebrał. Chciałem raczej podzielić się pewną refleksją... Być może wcale nie jest tak źle być nieuduchowionym? Wśród szału prześcigania się w co skuteczniejszych sposobach na zaspokajanie swojej potrzeby duchowości, być może lepszym pomysłem byłaby próba pozbycia się jej?

Related posts:

Przebudzenie to rekolekcje jezuity Antoniego de Mello. Książka, która odpowiednio przeczytana ma moc przemieniania życia.

Continue reading…

Ta książka jest milczeniem ubranym w słowa. Jedyne co można o niej prawdziwie powiedzieć, to milczeć w niemym zachwycie. A przynajmniej nad trzecią częścią.

Continue reading…

Książki Śpiew ptaka oraz Modlitwa żaby autorstwa jezuity Antoniego de Mello to zbiór dających do myślenia krótkich historyjek, anegdot, bajek i przypowieści z różnych religii i kultur. Autor zebrał je razem i niektóre opatrzył krótkim komentarzem.

Continue reading…

Anthony de Mello był człowiekiem, którego rozumienie Boga i życia było zgoła różne od wszystkiego, co dziś popularne. Z powodzeniem łączył ze sobą wiele religii i filozofii świata, w każdej z nich dostrzegając dobre strony i odrzucając złe, tworzył z nich spójny system.

Continue reading…

Pewnego razu do mistrza zen przyszedł człowiek, by zapytać, czy istnieje życie po śmierci. Mistrz odpowiedział: “nie wiem”. Człowiek zdziwił się niepomiernie: “Jak to nie wiesz? Przecież jesteś mistrzem zen!” A mistrz odparł spokojnie: “To prawda, ale nie jestem martwym mistrzem zen”.

Continue reading…

Książka Wyznania buddyjskiego ateisty autorstwa Stephena Batchelora z pewnością jest tym, co naprawiło mi buddyzm.

Continue reading…