Pewnego razu do mistrza zen przyszedł człowiek, by zapytać, czy istnieje życie po śmierci. Mistrz odpowiedział: “nie wiem”. Człowiek zdziwił się niepomiernie: “Jak to nie wiesz? Przecież jesteś mistrzem zen!” A mistrz odparł spokojnie: “To prawda, ale nie jestem martwym mistrzem zen”.

Tę opowieść wydawnictwo Charaktery umieściło na swoim fanpejdżu, wraz opisem, z jakiej książki ona pochodzi. Chyba nie muszę mówić, że od razu zamówiłem? Uwielbiam rzeczy które same są swoją własną reklamą – można mieć pewność, że się na nich nie zawiedziesz. I na Warnerze się nie zawiodłem.

Fascynuje mnie nurt, który nazywam sobie “zachodnim buddyzmem”. To taka próba łączenia dwóch skrajnie różnych podejść do życia, wschodniego i zachodniego. Na pierwszy rzut oka niemożliwa, ale później okazuje się, że bardzo skuteczna i kusząca. Czytałem już Anthonego de Mello oraz Stephena Batchelora, teraz dołączył do nich Brad Werner – z jednej strony mnich zen, z drugiej basista punkowego zespołu. Już samo to sprawia że mu wierzę. Wierzę że jest człowiekiem szczerym i prawdziwym, nie próbującym dopasować się do żadnego szablonu, tylko kroczącym własną ścieżką i niebojącym się przecierać nowych dróg.

Książka jest równie paradoksalna co jej tytuł. Aż kipi od niepewności i wiecznych rozkmin autora. Nie ma w niej miejsca na dogmaty, pouczenia czy kazania. Autor nikogo nie usiłuje na nic nawracać. Gorzej – pisze, że żadnych prostych przepisów na szczęście, których można by się nauczyć z książek, po prostu nie ma. Na szczęście trzeba zapracować.

Autor każdą myśl porządnie uzasadnia, wiele obrazuje porównaniami, metaforami lub żartami. Widać, że ma sporo dystansu i do świata i do samego siebie, więc czytanie go to czysta przyjemność. Można się z jego książki dowiedzieć całej masy rzeczy o buddyzmie, nie tylko tradycji zen, i jest to wiedza już ładnie przefiltrowana przez filtr przydatności – samego Warnera niezbyt obchodzą jakieś stare buddyjskie dogmaty czy szczegóły ich rozbudowanej kosmologii, w którą już mało kto wierzy – skupia się raczej na własnym doświadczeniu i mądrości przekazywanej mu przez mistrzów.

Oczywiście, że się nim w paru kwestiach nie zgadzam. Przede wszystkim uparł się, by nazywać Absolut “Bogiem”, przez co przy każdym zdaniu muszę sobie przypominać, że przecież on pisząc “Bóg” wcale nie ma na myśli tego samego, co większość ludzi ma, gdy używa tego słowa. Poza tym twierdzi, że istnieje sporo więcej niż tylko materia i że są rzeczy, których nie da się poznać w sposób intelektualny. Polemizowałbym, ale teraz nie pora na to.

Kiedyś zdecydowanie tak, ale dziś już nie powiedziałbym o sobie “uduchowiony”. Jako do cna materialiście jest mi więc niespecjalnie po drodze do Warnera. A jednak, paradoksalnie, tak dobrze go rozumiem. Pewnie byśmy się dogadali. Z czystym sercem mogę jego książkę polecić każdemu, komu duchowość nie jest obojętna, bo na pewno sporo z niej wyniesie.

Chciałbym tu jeszcze zostawić dwa ciekawe cytaty z samego początku. Pierwszy z przedsłowia wydawcy, Bogdana Białka:

Od wielu lat staram się być w obozie w Auschwitz przynajmniej raz w roku. Jeżdżę tam po to, by stracić wiarę.

Drugi już z samego Warnera:

Tymczasem moim zdaniem określanie buddyzmu mianem religii bez Boga to zdecydowany błąd. W rzeczywistości jest bowiem zupełnie na odwrót. Dla mnie buddyzm to niereligijny sposób na zbliżenie się do Boga i zrozumienie go.

Amen!