Obok piosenki Jana Böhmermanna “Be Deutsch” ciężko mi było przejść obojętnie po przeczytaniu jej recenzji na frondzi: “epatowanie homoseksualnością, konsumpcjonizmem, multikulturalizmem i wulgaryzmem”, “ostatni spazm umierającej antykultury”, “niemiecka degeneracja”. Nie spodziewałem się, że tak ciepło ją przyjmą!

Premier Szydło zareagowała podobnie – oburzeniem, że została ukazana jako zagrożenie dla Europy. No doprawdy, bo to, co wyprawia PiS, ani troszkę nie przypomina procesu dochodzenia do władzy nazistów w Niemczech, no nie?

Dobra rada: jeśli nawet Niemcy ostrzegają przed twoimi faszystowskimi zapędami, to lepiej weź to do siebie. Oni się znają na rzeczy. Ba, o tym właśnie jest cała ta piosenka: Niemcy, z wielkim dystansem do siebie, przyznają się do swojej historii i przestrzegają resztę świata przed powtórzeniem ich błędów.

“Be Deutsch”, mimo swojego ciężkiego brzmienia[1], jest dla mnie chyba najbardziej wzruszającym utworem, jaki od dłuższego czasu słyszałem. Kompresuje w pięć minut wszystko, za co kocham swój kraj, wszystkie wartości, których tu doświadczam: otwartość, chęć pomocy słabszym, tolerancję, ochronę środowiska, równe prawa dla wszystkich... Sprzeciwia się przemocy, ksenofobii i rasizmowi. Chce przekazać tylko jedno: bądź miły dla innych. Reszta jest tylko wynikiem tej uprzejmości.

W ten przekaz wplątane są wątki polityczne (zdjęcia europejskich ksenofobicznych polityków, fryzura Trumpa) oraz komiczne wstawki (jak samokrytyka w kwestii obciachowych skarpetek i sandałów albo zestawienie ze sobą niemieckich wartości: Konstytucji oraz... kaucji na puszki). Jednocześnie wzrusza, bawi i zmusza do myślenia.

We are proud or not being proud!


[1] Brzmi i wygląda jak Rammstein, lecz to tylko pastisz ich stylu.