Jest taki kraj, w którym co drugi człowiek myśli, że Ziemia ma 6000 lat, natomiast kolejne 40% – że wprawdzie ma ich trochę więcej, ale przez cały ten czas procesu ewolucji doglądał dziadek na chmurce.

Jest taki film, który ten sam kraj przedstawia jako siedlisko ateizmu, jako miejsce w którym w osiemdziesięcioosobowej klasie znajdzie się (i to z wielkim trudem) aż jeden człowiek ośmielający się powiedzieć, że bóg istnieje. No doprawdy, Ameryka w pigułce! Nie ma co, film będzie rzetelny jak cholera! No ale nic, próbujemy opanować kichanie (I’m allergic to bullshit...) i oglądać dalej.

Głównym antybohaterem jest jeden z najbardziej chujowych nauczycieli, jakiego można sobie wyobrazić. Zaczyna lekcję od wniosku, na nim też poprzestaje, i grozi słabymi ocenami każdemu, kto ośmieli się z nim nie zgodzić. No po prostu przekazywanie wiedzy na najwyższym poziomie! Zachęcanie do samodzielnego myślenia – to już w ogóle poza konkurencją! Czyżby film sugerował, że wszyscy ateiści są zadufanymi kretynami zamkniętymi na krytykę czy dyskusję? Nie no, skądże, przecież to tylko jednostkowy przypadek.

Na przykład inny ateista w Nieumarłym Bogu jest tak uroczy, że gdy dowiaduje się, że jego dziewczyna ma raka, rzuca ją i jeszcze ma za to do niej pretensje. Jacy mili ludzie! Przedstawieni w tak bezstronny sposób, że aż miło się ogląda!

Nie będę chyba za bardzo spoilerował, jeśli zdradzę, że pod koniec filmu wszyscy się masowo ponawracali. Począwszy od tej chorej na raka dziewczyny, skończywszy na profesorku, który zdał sobie sprawę, że tak naprawdę, to on ma tylko focha na boga, że ten zabrał mu matkę. Tak bardzo nie do przewidzenia to było!

Moim skromniutkim zdaniem, film nie przekazuje niczego, co zamierzał. Miało być “patrzcie, jeśli będziecie w kryzysowej sytuacji, to tylko Bóg wam da nadzieję”, a wyszło “ojej, w obliczu śmierci ludzie mają w dupie rozsądek i desperacko chwytają się irracjonalnej brzytwy, no kto by się spodziewał”. Miało być “patrzcie, ten ojciec Azjaty jest tak głupi i niesamodzielny, że dla niego ‘jak profesor mówi że Boga nie ma, to nie ma’ i bez dyskusji”, a wyszło: “ojej, próbujemy nawrócić ludzi, grając im na emocjach i używając rasistowskich stereotypów”. Miało być “patrzcie, jaka ta muzułmańska dziewczynka odważna i przeraźliwie prześladowana przez własną rodzinę, za to, że wierzy w Jezusa”, a wyszło: “o rany, jak można wyprodukować tyle nienawiści, kłócąc się, czyj urojony przyjaciel jest fajniejszy?”.

Argumenty głównego bohatera za istnieniem Boga trzymają ten poziom. Koleś potrafi na przykład wziąć jedno zdanie z książki Hawkinga, będące wnioskiem z ogromu jego pracy naukowej, i przedstawić je jako tezę będącą jednocześnie własnym dowodem, ergo idiotyczną. Mniam!

Profesorek nie jest gorszy. Szczytem jego argumentacji jest ad verecundiam: wielcy naukowcy mówią ci że gospodin niet, a ty śmiesz się z nimi nie zgadzać, arogancki smarkaczu? [→ Autorytetów nie ma ]

Ale mimo że film jest przewidywalny od początku do końca, nudniasty jak flaki z olejem i trącący stronniczością, udało mu się zarobić sześćdziesiąt milionów. Bo jest prosty. Wystarczy wyłączyć myślenie, wchłonąć 113 minut prawdy objawionej i tadam! Już możesz być spokojny, że wcale nie wierzysz w bzdury. Tak przecież powiedzieli na filmie!