Albert Einstein powiedział kiedyś: “Aby ukarać mnie za moją pogardę dla autorytetów, Los sprawił, że sam stałem się autorytetem”. Ja bym poszedł nawet jeszcze kawałek dalej: on uznaje ich istnienie, ale nimi “pogardza” – dla mnie w ogóle nie ma czegoś takiego jak “autorytet”.

Lawrence Krauss twierdzi, że: “W nauce nie ma autorytetów. Najwyżej eksperci. Ja wiem dużo na temat fizyki, Richard [Dawkins] na temat zoologii, ale żaden z nas nie uzurpuje sobie wiedzy absolutnej. Jesteśmy chętni by wysłuchać każdego, który nam powie, że jesteśmy w błędzie i dlaczego”. [link]

A nauka wcale nie jest tak odległa od codziennego życia jak się niektórym może wydawać. Samo naukowe podejście do życia jest świetną filozofią życiową i naprostowuje wiele zagadnień. Uznawanie czegokolwiek za prawdziwe wyłącznie dlatego, że ktoś tak kiedyś powiedział, jest zwyczajnie głupie. Metoda naukowa uczy nas wątpienia, kwestionowania, samodzielnego dążenia do prawdy, podważania autorytetów.

Ale nawet religia potrafi tego uczyć. Właśnie za to lubię buddyzm, to najbardziej odróżnia go od reszty. Zamiast dogmatów mamy “spostrzeżenia”, “nauki” Buddy. Ot, mądry człowiek powiedział coś mądrego. Ty natomiast jesteś zachęcany, by samodzielnie sprawdzić, czy miał rację, i nikt Ci nie grozi eksomuniką ani piekłem na nie dawanie wiary jego słowom. Cytując Dalajlamę XIV: “Prawdziwymi wyznawcami czy naśladowcami Buddy są ci, którzy wykazują duże zdolności intelektualne i nie przyjmują nauk Buddy tylko z tego powodu, że pochodzą one od mistrza. Prawdziwi wyznawcy wykorzystują mechanizmy logicznego rozumowania do przeprowadzenia dogłębnej analizy znaczenia tych słów i w ten sposób utwierdzają się w przekonaniu o autentyczności nauk Buddy”. Nic dodać, nic ując. Amen :)

PS Dla kontrastu mamy słowa św. Augustyna: “Nie wierzyłbym Ewangelii, gdyby nie skłaniał mnie do tego autorytet Kościoła katolickiego”. Ech...