Być może pisanie czegoś na kształt recenzji mija się z celem w przypadku Małego Księcia... Przecież i tak każdy już go zna, więc co to zmieni? Przecież i tak nic odkrywczego nie napiszę. No może i nie. Ale i tak chciałbym się podzielić swoją miłością do tego dzieła...

Za każdym razem, gdy go czytam, wyciągam z niego coś nowego. A czytam go często. Mały Książę zawsze mówi mi coś mądrego na temat sytuacji, w której się znajduję. Pociesza w smutkach, przypomina o wartości przyjaźni, wzrusza do łez... Pomaga z jednej strony odnaleźć duszę dziecka w mojej dorosłości, ale z drugiej – także pozbyć się niedojrzałości, która wciąż w niej tkwi.

Bo to nie jest książka dla dzieci, oj nie... Znaczy inaczej – nie tylko dla nich. Bez względu na wiek, można coś z niej wynieść. Dla mnie jest to swego rodzaju droga w dorosłość. Jako dziecko widziałem w książce Saint-Exupéry’ego po prostu świetną bajkę. Dopiero potem, z czasem, odkrywałem w niej coraz więcej głębi filozoficznej, skompresowanej na raptem kilkudziesięciu stronach i ujętej tak prostym, dziecięcym językiem... Opowieść o przyjaźni, rozpaczy, sensie, dorosłości, naiwności, więzi, tęsknocie, pięknie... Jakże jej nie kochać?