Ta książka jest milczeniem ubranym w słowa. Jedyne co można o niej prawdziwie powiedzieć, to milczeć w niemym zachwycie. A przynajmniej nad trzecią częścią.

Zapragnąłem ją mieć, gdy tylko zobaczyłem tytuł. Choć sam ateistą bym się nie nazwał, to ta pozorna sprzeczność w nim zawarta jest mi przecież tak bardzo bliska! Jak to ujął dr Adam Aduszkiewicz we wstępie do działa Sponville’a: “Ani ateizm nie oznacza zamknięcia na duchowość, ani religia (...) nie ma na nią wyłączności”.

Szczerze mówiąc, bałem się zaglądać do książki napisanej przez “rasowego” filozofa, bo choć sam wpisuję sobie filozofię na listę zainteresowań, to jeszcze nigdy nie udało mi się przebrnąć przez całego Kołakowskiego czy Spinozę. Comte-Sponville pisze jednak inaczej: przystępnie, po ludzku. Rzekłbym że to książka popularnofilozoficzna, na wzór czasopism popularnonaukowych. Autor, zafascynowany rozmyślaniami Epikura, stoików, Montaigne’a, Spinozy, Krishnamurtiego czy Wittgensteina, zestawia ich ze sobą, porównuje, analizuje i komentuje. A przede wszystkim nie zamyka się ani w granicach jednego nurtu czy też jednej, europejskiej kultury, lecz wskazuje także na orientalne punkty widzenia, dostrzega podobieństwa między filozofią Wschodu i Zachodu.

Część pierwsza

Pierwsza część książki jest bardzo ważna dla ludzi, którzy stanęli przed problemem: no dobra, przyznaję, straciłem wiarę... i co teraz? Autor rozważa, co to właściwie zmienia, czego człowieka pozbawia i czy jest aż takie ważne. Czy można się obejść bez wiary? Comte-Sponville uważa, że jak najbardziej można, oraz pokazuje jak. Wielu czytelnikom zapewne pomoże to niebagatelnie w poszukiwaniu ich drogi życiowej.

Jest tylko jedno “ale”: jednostka może, ale społeczeństwo nie. Potrzeba mu czegoś, co je spaja, co tworzy wspólną świadomość i więzi. Z tym akurat bym zdecydowanie polemizował: co stoi na przeszkodzie, by więzi i tradycje były świeckie? Owszem, barbarzyństwem byłoby tak teraz odciąć się od całych wieków historii oraz tradycji greckich, rzymskich i judeochrześcijańskich, których większość jest przecież oparta na religiach, ale przecież w czysto hipotetycznym społeczeństwie podobne więzi i tradycje mogłyby bez problemu powstać niezależnie od wiary w nadprzyrodzoność. Tak czy siak, Autor chce odróżnić “wiarę”, której sam nie ma, od “wierności”, która przejawia się choćby w szacunku dla przodków czy świętowaniu Bożego Narodzenia (nawet jeśli “Boga” w nim nie ma).

Rozdział zaczyna się od zaskakującego porównania Boga z wyznającymi go religiami, z którego wynika, że religie z Nim wiele wspólnego nie mają. Tak proste, a jakże genialne spostrzeżenie!

Bóg nas przerasta z definicji. Religie nie. Są ludzkie. (...)
Bóg, jeśli istnieje, jest transcendentny. Religie (...) są immanentne.
Boga uważa się za doskonałego. Żadna religia nie jest w stanie osiągnąć doskonałości.
Istnienie Boga jest wątpliwe. Istnienie religii nie budzi wątpliwości. Dotyczące ich pytania mają charakter nie tyle ontologiczny, ile socjologiczny.

Część druga

Druga część Duchowości to typowe dla książek okołoateistycznych wyjaśnienie i uzasadnienie: dlaczego sądzę, że Boga nie ma?. Z początku chciałem przeczytać ten rozdział po łepkach, gdyż zapewne dublowałby się on z argumentami, które widziałem już tak wiele razy, chociażby w Bogu urojonym Dawkinsa. Później jednak Comte-Sponville wciągnął mnie w swoje rozważanie i nie żałuję poświęconej mu uwagi.

W przeciwieństwie do Dawkinsa jest otwarty. Nie ma u niego wrogości i pogardy wobec wszelakich religii (które, przyznaję, niestety z Dawkinsem dzielę... mam wprawdzie ku temu poważne powody, lecz wciąż nie uważam takiej postawy za powód do dumy). U Comte-Sponville’a można wręcz wyczytać uśmiech. Uśmiech w stronę tych, którzy się z nim zgadzają, i tych, którzy nie. Doszukiwanie się dobra we wszystkim. Moim zdaniem warto przeczytać zarówno jednego, jak i drugiego, by znaleźć dobrą drogę środka między jedną a drugą postawą (skrajnością?).

Standardowe, wręcz cliché’owe już, argumenty przeciwko istnieniu Boga osobowego, nabierają u Comte-Sponville’a nowego wymiaru, nowego blasku. To spojrzenie, które ciężko znaleźć u ateistycznych “aktywistów” (przepraszam za słowo), spojrzenie do którego potrzeba oka filozofa. Przemyślenia, które przytacza, zdają się być tak proste i oczywiste, a jednak tak głębokie... Autor jest mistrzem prostej obserwacji świata, która wcale taka prosta nie jest.

Jednym spośród argumentów (choć nie dowodów), które przytoczył, jest coś tak oczywistego, że aż dziw, że rzadko można spotkać go u kogokolwiek innego. Religia jest zbyt piękna, by była prawdziwa. No czyż nie? Oferuje przeciętnemu człowiekowi akurat to, czego najbardziej pragnie: nie umrzeć (albo chociaż nie w pełni, albo chociaż urodzić się potem ponownie), spotkać ukochanych po śmierci, znaleźć sens istnienia, pocieszenie w trudnych chwilach, przebaczenie dla swoich potknięć, etc. etc. Gdyby chodziło o cokolwiek innego niż religia, np. o wynajęcie ogromnego mieszkania w samym centrum nowojorskiego Manhattanu, z pięknym widokiem na Central Park, za jakieś śmieszne pieniądze, sto dolców miesięcznie, to od razu zaczęlibyśmy węszyć spisek. Nie jest absolutnie niemożliwe trafienie na taką okazję, ale nie oszukujmy się, takich rzeczy nikt nie wziąłby na poważnie.

Sponville zauważa rzecz, która dla mnie jest szczególnie ważna: że ateizm wcale nie jest zamknięciem się na coś więcej niż tylko rzeczywistość. Bo istnieje tylko rzeczywistość. Wszechświat z definicji jest wszystkim! To właśnie religijność zamyka ludziom spojrzenie na rzeczywistość! Biblia czy Koran to tylko immanentny fragmencik Natury, fałszywy i wewnętrznie sprzeczny, natomiast rzeczywistość jest od nich szersza (bo je obejmuje), prawdziwsza i bardziej ożywcza (zmienia się i kształtuje, a nie jest nietykalna).

Autor krytykuje też religie za to, że antropomorfizują Boga. Jeśli miałby On być prawdziwy, musiałby być boski, a nie ludzki! Nazwanie go czy to ojcem, czy architektem, czy zegarmistrzem, królem, mędrcem – to wszystko, choć pozornie “stawia go w dobrym świetle”, tak naprawdę odziera go z boskości, transcendencji, prawdziwości, niepoznawalności... Kochający, współczujący, miłosierny, osobowy, sprawiedliwy, potężny – Bóg taki nie jest, bo jeśli istnieje, to nie da się go ująć w słowa. Każdy antropomorfizm jest zatem naiwny i śmieszny. Jeśli Boga (Wszechświat, Naturę, Wszystko, Dao, Energię, Miłość, Arche, ...) da się jakkolwiek opisać, to tylko milczeniem.

Dlatego właśnie zacząłem od stwierdzenia, że Duchowość ateistyczna jest milczeniem ubranym w słowa. Mówi o Bogu, choć wcale nie ma w niej Boga. Używa słów, choć za ich pomocą milczy. Wprowadza czytelnika w doświadczenie nieopisanego zachwytu nad rzeczywistością, które ma w sobie więcej mistycyzmu niż przeciętna religijność (jakkolwiek by ateiści nie lubili słowa “mistycyzm”). O tym właśnie jest cześć trzecia.

Część trzecia

Zaczyna się od czegoś na co długo czekałem – od rozwiązania zagadki definicji “ducha”. Comte-Sponville bowiem uważa się za materialistę, a mimo to stwierdził na początku książki, że “ateiści wcale nie mają mniej ducha niż wierzący”. Zastanawiało mnie zatem, czym w ogóle jest ten duch, skoro wg Autora istnieje tylko materia. Rozwiązanie zaskakujące nie było, po prostu Autor nazywa tak funkcje mózgu (a więc materii), które pozwalają nam na zachwyt i doświadczenie rzeczywistości. Ta materialność nie odbiera im jednak prawdziwości ani wspaniałości.

Wprawdzie ta część jest rdzeniem całej książki, jednak o niej najmniej potrafię (albo raczej chcę) napisać. Po prostu trzeba ją przeczytać samemu, już i tak zbyt wiele słów zostało użytych w tym jej milczeniu.

Tę część czyta się nie jak filozoficzną rozkminę, lecz jak przejmującą prozę poetycką. Koncentruje się wokół doświadczenia autora, które Budda nazwałby Oświeceniem, de Mello Przebudzeniem, Doktorzy Kościoła Ekstazą... Doświadczenie jedności ze wszystkim, wolności, zaniku ego (jakże buddyjsko!). Stan będący odpowiedzią na wszystko, bo w nim znikają pytania.

Stan w którym człowiek doświadcza wieczności, bo zaczyna żyć teraźniejszością. “Teraz” jest jedyną wiecznością. Trwa ciągle, nie ma początku, nie ma końca, nie ma długości. Ono wyzwala. Przeszłość więzi wspomnieniami, przyszłość łudzi nadziejami, tylko teraźniejszość jest prawdziwa, tylko ona jest wszystkim i przez to jest wieczna. Comte-Sponville uczy, jak znaleźć radość życia w życiu chwilą (lecz chwilą wieczną!). Uczy, za Epikurem, by nie bać się śmierci, bo ona nie istnieje. Nie ma jej “teraz”. “Gdy jesteśmy my, nie ma śmierci. Gdy jest śmierć, nie ma nas”.

Stan, w którym człowiek akceptuje rzeczywistość. Zauważa, że nie ma ani dobra, ani zła, bo rzeczywistość jest po prostu prawdziwa, ani dobra, ani zła. Rzeczy po prostu się dzieją.

Ta część książki pokazuje tajemniczy mistycyzm (pleonazm zamierzony) wspólny zarówno dla wierzących, jak i niewierzących (sic!). Uczy, że ani religia, ani jej brak nie muszą ograniczać. Że ani fanatyzm nie ma monopolu na duchowość, ani nihilizm nie jest tym, co dla człowieka pożyteczne czy prawdziwe.

Uczy żyć. Bez Boga. Bez magii. Wystarczy zachłysnąć się “magią” rzeczywistości!