Większość nauk buddyjskich człowiek zachodu może dość łatwo zrozumieć. Nirwana, jak się bardzo uprzeć, to takie nasze niebo. Reinkarnacja jest już wręcz cliché. Samsara też spoko, ot taka metafizyczna wersja Matriksa. Nic nie istnieje, wszystko to ułuda, no spoko.

Gorzej robi się, gdy chcemy zrozumieć też naukę o tym, że wśród rzeczy nieistniejących jesteśmy także my sami. Że nie ma naszego “ja”. No bo jak to nie ma? To kim jestem, skoro mnie nie ma? Jak może mnie nie być, skoro ja wiem, że jestem?

Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jak bardzo dosłownie traktują to nieistnienie “prawdziwi” buddyści. Pewnie jedni mniej, inni bardziej. Wiem tylko, jak rozumiem to ja. Oczywiście dosłowne patrzenie na samsarę i inne dogmaty buddyzmu jest mi zupełnie obce – negowanie istnienia wszechświata gryzie się z Brzytwą Ockhama, a wiara w reinkarnację jest zwykłym udawaniem, że się wie coś, czego się nie wie, bo na reinkarnację nie ma najmniejszego dowodu. Ale jak dla mnie ma sens rozumienie “braku”, “pustki”, “nieistnienia” bardziej metaforycznie.

Zakładam że wszechświat istnieje, skoro możemy go doświadczać. Jest taki eksperyment myślowy, “ mózg w naczyniu”, polegający na tym, że żywy ludzki mózg umieszcza się w naczyniu, podłącza do niego jakąś maszynę zdolną generować bodźce idealnie symulujące rzeczystość, i ogląda się, jak to mózg jest święcie przekonany, że wszystko co widzi i czuje jest prawdziwe, podczas gdy tak naprawdę jest to wyłącznie ciągiem impulsów elektrycznych. Skąd miałby wiedzieć, że nie jest? Jak miałby się wydostać do rzeczywistości? Ano nie da rady. Idźmy dalej – a co jeśli cały świat jest taką symulacją? Co jeśli nie da się ani dowiedzieć, że żyjemy w matriksie, ani się z niego wydostać? No właśnie nic. Nic to dla nas nie zmienia. Dla nas prawdziwe jest to, czego doświadczamy. Być może istnieje coś poza tym, ale dopóki nie mamy możliwości tam zajrzeć, dopóty możemy tę ewentualność odciachać brzytwą Ockhama.

A zatem zakładam, że świat istnieje. Co więc mam na myśli mówiąc, z braku lepszego określenia, że coś “nie istnieje”? To, że jest zupełnie nieistotne. Błahe, bez znaczenia. Właściwie to nic nie ma znaczenia, zależy tylko z jakiej spojrzeć perspektywy. Ile byś nie przecierpiał przez kilkadziesiąt lat swojego życia, przecież to i tak zupełnie niknie wobec miliardów lat istnienia wszechświata i miliardów lat świetlnych jego rozmiarów. Jesteś tylko malutkim pyłkiem gwiezdnego prochu. Niczym istotnym. Choć z drugiej strony – czymś niesłychanie ciekawym, niepowtarzalnym, jesteś zbiorem atomów, którym udało się poznać samych siebie. Może to brzmi jak paradoks, ale wszechświat najwidoczniej jest paradoksalny. Jednocześnie jesteś istotny i nieistotny. To, co robisz, jednocześnie ma ogromne znaczenie, wpływa na Ciebie, na innych ludzi, na środowisko, a być może na całą Ziemię, i jednocześnie nie ma żadnego znaczenia, i tak za parę, paręset, czy parę milionów lat znikną wszystkie ślady Twojej bytności na Ziemi.

Sztuka w tym, by tę istotność w każdej sytuacji umieć odpowiednio “zważyć”. To my przypisujemy znaczenie rzeczom, które dla wszechświata znaczenia nie mają. Róbmy to tak, by prowadziło to do szczęścia. Starajmy się nie krzywdzić siebie ani innych, i nadawać znaczenie miłości, wolności, ideałom... Natomiast wszystkie porażki i niedoskonałości traktujmy z dystansem, z przymrużeniem oka, dostrzegajmy ich nieistotność, błahość. Nie przywiązujmy się do naszej wizji świata, lecz próbujmy przyjąć go takim jest. Nie przywiązujmy się do przedmiotów, bo one w każdej chwili mogą przeminąć, czy tego chcemy czy nie.

Nasza przemijalność nie jest niczym przerażającym. Przecież powinniśmy się cieszyć, że trafiła nam się ta niewyobrażalnie mała szansa, by w ogóle zaistnieć! Cieszmy się każdym dniem, a nie płaczmy że chcielibyśmy ich jeszcze więcej. Przecież i tak mamy już bardzo wiele. Strach przed śmiercią jest taki infantylny! Dla mnie przemijalność to coś pozytywnego. Kończy nie tylko to, co dobre, ale także to, co złe, cierpienie, ból, nudę... Dla niektórych jest jedyną nadzieją, jedynym ukojeniem. Jak pisała Szymborska: “Jesteś - a więc musisz minąć. Miniesz - a więc to jest piękne.”

No ale co w końcu z nieistnieniem “ja”? Cóż, może lepiej nazwać to “nieistnieniem ego”. Wyzbyciem się siebie. Nie w znaczeniu chrześcijańskim (“Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się wyprze samego siebie” – Łk 9, 18-24), gdzie widzę więcej żądania ślepego posłuszeństwa Jezusowi niż czegokolwiek buddyjskiego. Dla mnie “wyzbyć się swojego ego” oznacza porzucenie idei, że “ja” to coś stałego, niezmiennego, prostego, oczywistego. Oznacza porzucenie strachu przed przemijalnością, pogodzenie się z faktami, wyrzucenie sobie z głowy fałszywych “granic” między sobą a resztą wszechświata.

Bo przecież każdy się zmienia, i to czasem cholernie mocno i szybko. Każdy jest złożony, skomplikowany... Każdy z nas jest nie tylko sobą, ale mieszaniną ludzi których spotyka, których kocha, których nienawidzi, których podziwia...

Człowiek zachodu, gdy ktoś go obrazi, bierze to do siebie, czuje się gorszy, poniżony, niedoceniony... Cierpi jego “ego”, czyli coś czym nie ma przecież powodu się przejmować. Coś abstrakcyjnego. Natomiast gdy nie ma “ja”, nie ma się kto obrażać. Nie ma kto cierpieć z tak głupich powodów.

Wyzbyć się siebie, to znaczy: jeśli dzieje się coś złego – pogodzić się, spróbować zrozumieć; jeśli dobrego – cieszyć się, ale nie przywiązywać. Połączyć się ze wszechświatem. Albo raczej po prostu zauważyć, że nic nas nie rozdziela. Tak rozumiem moje nieistnienie.

Jest taki cytat, wprawdzie z Kołakowskiego, ale brzmi bardzo buddyjsko: “Życie jest interesujące i zabawne pod warunkiem, że nie próbuje się być szczęśliwym”. Życzę każdemu, by jak najlepiej tę myśl zrozumiał :-)