Aż krew mnie zalewa, gdy widzę korwinistów cieszących się na wycinki drzew – bo wreszcie wolność i wreszcie respektowane święte prawo własności. Bleee.

No ale ok, niech będzie, ujmijmy to w ten sposób. Ujmijmy naturę we własność.

“Wspólne” wcale nie znaczy niczyje. “Wspólne” znaczy należące do spółki “ludzkość”, w której każdy człowiek ma swój drobniutki udział, i która jest reprezentowana w poszczególnych oddziałach regionalnych poprzez zarząd zwany “samorządem” lub “rządem”. Zasoby naturalne, powietrze, klimat etc. są własnością tejże spółki.

Wszelakie decyzje na temat wycinki drzew na prywatnym terenie albo postawienia tam prywatnej fabryki nieprzestrzegającej norm zanieczyszczeń powietrza i wody będą zatem musiały z jednej strony godzić w święte prawo własności prywaciarza, i jednocześnie w święte prawo własności wszystkich ludzi żyjących dookoła tego miejsca.

Czyżby korwiniści chceli naruszać święte prawo własności tych drugich?

Jak rozwiązać ten konflikt? Rząd mógłby wprawdzie powiedzieć “ja reprezentuję ogromną grupę ludzi, jest nas więcej, jesteśmy silniejsi, możemy ci zakazać jakiejkolwiek budowy”. Ale zamiast tego idzie na kompromis, mówi “wy zainwestujcie ciut więcej w mniej kopcące fabryki, wycinajcie ostrożniej i rozsądniej, a my przymkniemy oko, że wciąż naruszacie naszą własność, jako że robicie to w granicach rozsądku”.

Dzięki takim regulacjom/kompromisom zyskują wszyscy – przemysł i gospodarka się rozwija, a środowisko nie cierpi.