Śluby zakonne

Życie zakonne zawsze mnie intrygowało. Nie rozumiem go ani trochę. Może po prostu dlatego, że zbyt wielką wartością jest dla mnie wolność, bym samemu sobie budował więzienie.

Nigdy bym nie został zakonnikiem. Nawet nie dlatego, że nie wierzę w żadną z mitologii, na których zgromadzenia zakonne są oparte. Nie dlatego, że z wielu powodów po prostu by mnie nikt do żadnego nie przyjął. Nie zostałbym zakonnikiem dlatego, że nie widzę najmniejszego sensu w składaniu ślubów zakonnych. A bardzo staram się zobaczyć, usilnie staram się zrozumieć...

Osoby konsekrowane składają (co najmniej) trzy śluby: posłuszeństwa, czystości i ubóstwa. Początkowo na określony czas, docelowo – wieczyste.

Już sama idea ślubowania czegokolwiek do końca życia niezbyt mi współgra z obserwacją życia jako czegoś dynamicznego, wiecznie zmiennego, zaskakującego niespodziankami... Jakże tu obiecać coś na przyszłą wieczność, skoro nie mamy zielonego pojęcia, co nas czeka za tydzień?

Posłuszeństwo. Czemu to niby jest cnota? Cnotą jest samodzielne myślenie, korzystanie z rozumu i sumienia, ale nie ślepe posłuszeństwo! Jeśli, powiedzmy, słyszysz o żołnierzu, który odmówił wykonania rozkazu zamordowania cywilów i został za to rozstrzelany, co myślisz? “Cholerny zdrajca” czy raczej “Bohater”? Jeśli to pierwsze, to mam nadzieję nigdy przenigdy nie spotkać Cię na swojej drodze. Jeśli to drugie, to przemawia przez Ciebie właściwy system wartości – w którym to, co słuszne, jest zdecydowanie ważniejsze niż to, co nam każą.

Nigdy w życiu nie ślubuję nikomu posłuszeństwa, bo to nie jest żadna wartość, lecz coś niebezpiecznego. Oczywiście sytuacja, o której piszę, jest przesadzona i nieprzystająca do realiów życia zakonnego czy kapłańskiego – tam sprawy są o wiele bardziej błahe niż morderstwo. Lecz w imię zasad pragnę trzymać się tego, co słuszne, niezależnie od jego błahości.

Chociaż czy na pewno aż tak z nią przesadziłem? Przecież wielu ludzi cierpi właśnie z powodu posłuszeństwa ludzi Kościoła! Gdyby któryś biskup złamał papieski prikaz tuszowania afer pedofilskich, iluż gwałcicieli siedziałoby już w więzieniu i ile dzieci zostałoby przed nimi uratowanych?

Mała dygresja: Wiem że trochę mieszam kapłaństwo ze stanem zakonnym, ale tutaj to bez różnicy, bowiem nawet diecezjalni księża “ślubują [swojemu biskupowi] i jego następcom cześć i posłuszeństwo”. Btw, zastanawia mnie, jak te śluby godzi się z doktryną, że cześć należy się wyłącznie Bogu, a nie człowiekowi...

Czystość. Czemu to jest cnota? Dalej tego nie mogę pojąć. Cóż jest aż tak pięknego w zachowaniu czystości? Jasne, pamiętam jak to było być prawiczkiem, piękna była fascynacja tym nieznanym, ten dreszczyk oczekiwania, fantazje, marzenia... Noc w której się to wreszcie zdarzyło była tym piękniejsza, im dłużej oczekiwana... Ale te wszystkie pozytywy mają sens wyłącznie wtedy, gdy w planach migocze na horyzoncie utrata tego dziewictwa!

Bo cóż jest pięknego w dożywotnim braku seksu? W dożywotniej frustracji, napięciu seksualnym, natarczywych fantazjach? Jasne, każda walka z pokusą (czy jest nią czekolada czy walenie konia) pomaga w samodoskonaleniu. Ale, jak to mówił Budda, nie można ani napinać zbyt mocno strun gitary, aby nie pękły, ani też nie rozluźnić ich za bardzo, gdyż nie wydadzą dźwięku. Cóż komu z życia, jeśli wzbrania się przed życiem? Jeśli bohatersko pokonuje problemy, które dla normalnych ludzi po prostu nie są problemem?

Ubóstwo. Jasne że post jest pożyteczny. Znów, samodoskonalenie. Pozwala oderwać się od przywiązań do przedmiotów, pozwala wyrobić w sobie silną wolę. Cnotami zdecydowanie są takie rzeczy jak skromność, hojność, brak przepychu, skąpstwa... Ale, do diaska, czemu niby ubóstwo? Czemu tworzyć kult cierpienia? Cierpiącym trzeba pomóc ulżyć w cierpieniu, a nie chwalić jak cudownie cierpią (jak to robiła Matka Teresa). Samookaleczanie się jest dla większości z nas czymś chorym i niepojętym. Dlaczego dobrowolne życie w ubóstwie miałoby być czymś dobrym?

Każdy jest inny, jasne. Być może niektórym pasuje właśnie taki styl życia i są dzięki temu szczęśliwi. Ja mam swoją hierarchię wartości, w której słuszne jest ponad nakazanym, prawda ponad dogmatem, a sens ponad umartwieniem. Inni mają inną. Nie bronię im tego, w żadnym wypadku! Ja po prostu nie rozumiem...

Ale w sumie to moje rozkminy w tej kwestii są czysto filozoficzno-hipotetyczne, bowiem tych wszystkich ślubów i tak mało kto przestrzega. Znam niejednego zakonnika i widziałem już niejedno złamanie (lub sprytnie ominięcie) ślubów. 80-letni ksiądz-zakonnik-emeryt nie wykonujący polecenia 40-letniego przełożonego, bo “co on się będzie gówniarza słuchał”. Ogromne budynki, niezłe samochody, świetny sprzęt elektroniczny, wystawne obiady, litry wina, aaaale: “to nie jest moje, to wszystko wspólne, należy do zgromadzenia, ja jestem ubogi”. O łamaniu celibatu przez księży, zakonników i zakonnice, chyba nawet nie muszę wspominać.

Jaka jest korzyść z życia zakonnego, której nie można by osiągnąć w inny sposób? Wspólnota? Możliwość pracy nad sobą? Pomocy innym? Przecież to wszystko bez problemu jest dostępne dla świeckich.

Cóż zatem zostaje? Gdy zauważy się w ślubach zakonnych totalny brak sensu oraz dziwaczność “wartości”, “cnót”, które się w nich przyrzeka rozwijać, a do tego jeszcze co najmniej luźne podejście do realizacji ich w praktyce, to cóż po nich zostaje?